Szukaj

Cztowiek Ser

Czy wszystko jest lepsze, jeśli dodać do tego ser?

Tajska zupa z tofu i orzeszkami

a także z marchewką, kiełkami fasoli mung i sambalem!

Niespodziewanie dla wszystkich pod koniec listopada nastała zima. Długa i ciepła jesień tak mnie rozleniwiła, że zupełnie zapomniałam o istnieniu temperatur minusowych. A tu proszę – śnieg, wiatr, zawieje i zamiecie. Na taką pogodę najlepsza jest porządna zupa: treściwa i rozgrzewająca.

Tajska zupa z tofu i orzeszkami

Przyznam, że nie jestem fanką tradycyjnie polskich zup. Nie cierpię tłusto-bezsmakowego rosołku serwowanego w polskich domach z twardym polskim makaronikiem, nie znoszę słów „rosołek” i „makaronik”. Irytuje mnie to, że w tradycyjnych polskich zupach jest albo pusto, albo pływa w nich całe boskie stworzenie, począwszy od pietruszki, przez pasternak, po rzepę, do tego wołowina, wieprzowina i kurczak, bo przecież zupa treściwa jest tylko wtedy, gdy pływa w niej kilo mięsa.

Dlatego tak bardzo lubię zupy azjatyckie, oferujące ogromną różnorodność, która nie wymaga umieszczenia worka kartofli w misce, żeby się człowiek najadł.

Tym samym przedstawiam pierwszy (ale nie ostatni!) przepis na tajską zupę z tofu. Oczywiście można krzyczeć, że to nie prawdziwa zupa tajska, bo cośtam, cośtam. Nic mnie to nie obchodzi. Ta zupa jest po prostu pyszna, rozgrzewająca, sycąca i uzależniająca. W dodatku stanowi swego rodzaju przepis podstawowy, na którym będziemy bazować przy kolejnych zupach.

Lista składników wygląda kosmicznie dla kogoś, kto zupełnie nie ma styczności z kuchnią azjatycką jakiegokolwiek rodzaju. Zaufajcie mi: wystarczy, że kupicie kilka podstawowych składników i nagle okaże się, że a) są super wydajne i starczają na miesiące oraz b) otwierają przed Wami cały wachlarz możliwości kulinarnych.

Te podstawowe składniki to:

  • sos sambal oelek – właściwie to przecier z ostrych papryczek chilli. Absolutny must-have, który zapewnia ten charakterystyczny dla kuchni tajskiej rodzaj ostrości, którego nie znajdziemy nigdzie indziej. Gdy kilka miesięcy temu kupowałam swój słoik firmy Tao Tao, kosztował jakieś 8 złotych. Sosu tego używam namiętnie i nadal mam pół słoika. Dlaczego? Dlatego, że jest tak cholernie ostry, że na gar zupy wystarczają dwie płaskie łyżeczki sosu. Magia.
  • trawa cytrynowa – u mnie w postaci pasty w słoiku. Ponownie wydatek około 10 złotych, który starcza na długie miesiące.
  • sos rybny – około 15 złotych. Nadaje potrawom charakterystyczny rybny posmak – ni to umami, ni to krewetka. Od biedy można go pominąć lub zastąpić sojowym/ostrygowym, ale według mnie warto zainwestować te parę złotych i cieszyć się sosem rybnym przez długie miesiące.
  • olej sezamowy – ponownie wydatek kilkunastu złotych. Dobry olej sezamowy będzie gęsty i wydajny. Używa się go raczej do aromatyzowania potraw i przyprawiania ich niż do gotowania.

Orzeszki

Jeśli przebrnęliście przez powyższą listę składników, które umożliwiają rozpoczęcie przygody z kuchnią tajską (i każdą kuchnią azjatycką), to zapraszam poniżej, gdzie znajdziecie… przepis!

Tajska zupa z tofu i orzeszkami

Porcja dla dwóch osób

  • łyżka oleju kokosowego
  • 2 duże ząbki czosnku
  • 4 cm świeżego korzenia imbiru
  • 1,5 płaskiej łyżeczki sosu sambal
  • 0,5 łyżeczki pasty z trawy cytrynowej
  • 1 kostka tofu
  • pół niedużej marchewki
  • pół puszki kiełków fasoli mung
  • pół puszki mleka kokosowego
  • 1,5 szklanki wody lub bulionu warzywnego lub drobiowego
  • 2 łyżki cukru trzcinowego
  • 2 łyżki sosu rybnego
  • garść orzeszków ziemnych niesolonych
  • szczypior

Opcjonalnie:

  • dowolny makaron azjatycki ugotowany – pszenny, sojowy, gryczany
  • 1 nieduża pierś kurczaka (postępujemy z nią tak, jak z tofu)

Przygotowanie:

Stawiamy średni garnek z grubym dnem na gazie, rozgrzewamy olej kokosowy. Czosnek i imbir ścieramy na drobnej tarce. Do rozgrzanego tłuszczu wrzucamy starty czosnek, imbir, trawę cytrynową i sambal. Dokładnie mieszamy. Smażymy na średnim ogniu przez dwie minuty, od czasu do czasu mieszając.

W tym czasie kroimy tofu (i ewentualnego kurczaka) w niedużą kostkę. Wrzucamy do podsmażonych przypraw, dokładnie mieszamy i smażymy przez około 5 minut, aż tofu i kurczak obsmażą się ze wszystkich stron i pokryją przyprawami.

W tym czasie kroimy marchewkę w cienkie paski, a następnie w nieduże słupki. Dodajemy pokrojoną marchewkę do garnka, mieszamy. Zalewamy całość wodą lub bulionem, dodajemy mleko kokosowe, cukier i sos rybny. Gotujemy na dużym ogniu przez 15 minut, uważając, by zupa nie wykipiała.

W międzyczasie nakładamy do misek kiełki fasoli i ugotowany makaron (warto pokroić go wcześniej na krótsze kawałki).

Po 15 minutach gotowania zdejmujemy zupę z ognia (będzie bardzo gorąca – chcemy, by trochę przestygła w czasie, gdy przygotowujemy dodatki).

Podgrzewamy na dużym ogniu suchą patelnię, wrzucamy na nią orzeszki. Prażymy orzeszki przez około 2 minuty, od czasu do czasu mieszając. Mają się lekko zrumienić i puścić olej, ale nie zwęglić. Zdejmujemy orzeszki na dużą deskę do krojenia i ostrym i dużym nożem siekamy je drobno. Obok siekamy również szczypior.

Do miseczek z kiełkami i makaronem wlewamy zupę. Do każdej miseczki wsypujemy garść siekanych orzeszków, posypujemy szczypiorem i polewamy kilkoma kroplami oleju sezamowego.

Tym razem makaron pszenny i kiełki fasoli mung z puszki.
Tym razem makaron pszenny i kiełki fasoli mung z puszki.

FAQ

  • sambal jest naprawdę, ale to naprawdę ostry. Ta wersja zupy nie powinna zwalić Was z nóg, ale ostrość można łatwo regulować: jeśli zupa jest za ostra, dodajcie więcej mleczka kokosowego. Jeśli jest zbyt łagodna, możecie dodać więcej sambalu. Pamiętajcie, by przed spróbowaniem zupy porządnie ją zamieszać – ostrość lubi zbierać się w tłuszczu wypływającym na wierzch zupy, więc próbowanie łyżką z samej góry prawie na pewno skończy się kaszlem. Nabierajcie do próbowania z dna i pamiętajcie, że tofu i pozostałe składniki są łagodne i dobrze komponują się z ostrą zupą.
  • jeśli nie macie jakiegoś składnika, nie rońcie łez! Najważniejszy jest sambal i mleko kokosowe – ich nie da się niczym zastąpić. Cała reszta zależy tylko od Was. Nie macie kiełków fasoli? Dorzućcie z marchewką pokrojonego w słupki pora. Nie macie marchewki? Dorzućcie bambusa z puszki.
  • jeśli nie dodamy kurczaka, zupa będzie wegetariańska. Pominięcie sosu rybnego uczyni z niej zupę wegańską. Dodanie makaronu ryżowego lub sojowego sprawi, że zupa będzie bezglutenowa 🙂
  • macie jeszcze jakieś pytania? Piszcie w komentarzu!

Smacznego!

Gotowa zupa. Smacznego!
Gotowa zupa. Smacznego!
Reklamy

Roladki drożdżowe z pesto i suszoną szynką

„Chyba zrobię coś dobrego” – obwieścił Człowiek Ser drugiemu Człowiekowi, z którym mieszka. Człowiek wyraził aprobatę i w efekcie Człowiek Ser zamknął się w kuchni i zaczął wymyślać.

Przyszła jesień. Próbuję się oszukiwać, że jeszcze nie, ale jednak od dawna wszędzie ciągam za sobą kocyk, uzupełniam zapasy wina, drożdży i przypraw do grzańca. Ani się obejrzałam, a o 17 robi się ciemno i już nawet okoliczne wyrostki nie drą się pod blokiem do późnych godzin nocnych, bo rodzice zagarniają je do łóżek, bo szkoła.

roladki-szynka-4

Jesień to idealny czas na wszystkie comfort food. Zacny to koncept, pochodzący z krajów, w których nadwaga dotyka przeważającej części społeczeństwa. I ja nawet wiem, dlaczego. Te wszystkie potrawy zawierają tony makaronu, sera, śmietany, masła. To podświadome gromadzenie tłuszczu. Ewolucyjnie w trudnych chwilach skłaniamy się ku pożywieniu, które pozwoli nam przetrwać długie, jesienne wieczory.

Oczywiście równocześnie społeczeństwo wymaga od nas nienagannej figury, przez co wpadamy w depresję i sięgamy po jeszcze więcej jedzenia na pocieszenie.

Tak oto przedstawia się moja definicja jesieni. To nieustanna kołyska depresji z powodu wszechogarniającej jesieni i depresji z powodu zajadania depresji z powodu wszechogarniającej jesieni, powodującej depresję z powodu wszechogarniającej tłustości.

Dlatego też piekę dziś roladki drożdżowe z pesto i suszoną szynką. Do nich lampka wina i w sumie czwartek jak co tydzień.

roladki-szynka-6

 

Roladki drożdżowe z pesto i suszoną szynką

Porcja na 10 roladek

Składniki:

  • 180 g mąki pszennej
  • 2 łyżki zarodków pszennych
  • 5 g suszonych drożdży
  • 100 ml ciepłej wody
  • 1 łyżeczka cukru
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 3 łyżki zielonego pesto
  • 20 g sera Grana Padano
  • 6 plasterków szynki suszonej (serrano, parmeńskiej)
  • 5 suszonych pomidorów w zalewie, pokrojonych w paseczki

Przygotowanie:

W misce mieszamy mąkę, zarodki pszenne, cukier, sól i drożdże. Dodajemy stopniowo wodę – najpierw dodajemy połowę i wyrabiamy wstępnie ciasto, potem dolewamy w razie potrzeby. Ciasto wyrabiamy ręcznie lub mikserem na gładką, elastyczną masę. Mikserem potrwa to około 5 minut.

Odstawiamy ciasto na około 40 minut do wyrośnięcia. Po tym czasie włączamy piekarnik na 200 stopni, żeby się nagrzewał.

Ciasto wykładamy na posypaną mąką stolnicę lub matę, rozwałkowujemy lub rozciągamy palcami na prostokąt o wymiarach ok. 30 x 40 cm. Smarujemy ciasto cienką, równomierną warstwą pesto. Wykładamy szynkę, rozkładając plastry tak, żeby były pofałdowane. Rozsypujemy równomiernie pokrojone suszone pomidory.

Ciasto zwijamy w roladę wzdłuż dłuższej krawędzi, jak na zdjęciach poniżej.

Następnie kroimy je ostrym nożem na 10 równych kawałków. Roladki rozkładamy na blasze wyłożonej papierem do pieczenia lub matą w odstępach (urosną). Posypujemy po wierzchu drobno startym serem.

Pieczemy w 200 stopniach 18-22 minuty, aż się ładnie zrumienią.

Studzimy na kratce i podajemy.

Smacznego!

 

 

roladki-szynka-1

roladki-szynka-2

roladki-szynka-3

roladki-szynka-5

 

 

Chlebek z cukinią i cheddarem

Cukinia. Kurczak wśród warzyw. Warzywo tak wszechstronne, że nie nadaje się właściwie do niczego. Ani mokre, ani suche. Nieco mdłe, ale trochę jakby słodkie. Raz za twarde, raz rozmięknięte. Innymi słowy – jak nie kochać cukinii?

Z tej miłości do cukinii oraz z tego, że zostaliśmy cukinią obdarowani, narodził się pomysł, by coś z nią zrobić ludzkiego. Można robić placki z cukinii, ale jak dla mnie nie mają one smaku i ogólnie więcej z nimi roboty, niż pożytku. Można robić cukinię w posypce parmezanowej, ale nie wierzę, że to działa. Jak ktoś próbował i wie, że działa, to niech mi powie – może się przekonam.

Przeglądałam więc Pintresta, szukając pomysłu na cukinię i oto jest. Chlebek z cukinii z cheddarem. Ekspresowy, rumiany. Nie ma opcji, żeby to było niedobre.

Przygotowanie całości trwało może z 10 minut i chlebek piecze się teraz w piecu. Obserwuję go jak wariatka, zaglądam tam do środka, bo może… nie wiem, co się stanie. Może wybuchnie. Może się spali na kamień. Na węgiel. Może się rozleje (gdzie ci się, babo, rozleje, w foremce?). W ogóle mam dużo wizji, w których całe to przedsięwzięcie okazuje się kompletną porażką.

O, cholera. Zaczął rosnąć. A jak wyjdzie z foremki? CO JAK WYJDZIE Z FOREMKI?

Ciasto w stanie wymieszanym. Do keksówki i do roboty.
Ciasto w stanie wymieszanym. Do keksówki i do pieca.

Można powiedzieć, że jestem dziś w nastroju lekko neurotycznym. To się zdarza na jesieni, musicie mi wybaczyć. Nadmiar grzybów i cukinii w organizmie skutkuje nieraz neurozą. Potwierdzone naukowo przez radzieckich naukowców. Później znajdę Wam linka do badań.

Tymczasem chlebek się piecze i zaczyna pięknie pachnieć. Nie ma się co dziwić, w końcu jest w nim pół kilo sera. No, tak naprawdę to 220 gramów, ale to właściwie prawie że pół kilo. Już sobie wyobrażam, jak smakuje. Że jest serowy, miękki, nie za suchy. Z chrupiącą skórką z kawałkami przypieczonego sera. Że ma takie kawałeczki szczypiorku, które zaostrzają jego smak. Że smaruję jeszcze ciepłą kromkę masłem, a ono się rozpuszcza i całość jest po prostu palce lizać…

To co, przepis?

chlebek_cukinia_1

Chlebek z cukinią i cheddarem

Przepis pochodzi z tej strony

Składniki:

  • 300 g mąki pszennej
  • 2 łyżki cukru
  • 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 50 g masła
  • 400 g maślanki (pełen kubek)
  • 1 jajko
  • 250 g cukinii
  • 220 g cheddara
  • pęczek szczypiorku

Przygotowanie:

Nagrzewamy piekarnik do 175 stopni.

W mikrofali lub małym garnuszku roztapiamy masło, odstawiamy do ostygnięcia.

Na tarce o grubych oczkach ścieramy cukinię, w razie potrzeby odciskamy z niej nadmiar wody. Na tej samej tarce ścieramy cheddar. Szczypiorek siekamy na kawałki około 1/4 cm.

W dużej misce mieszamy mąkę, cukier, proszek do pieczenia, sodę i sól.

W mniejszej misce mieszamy maślankę, jajko i roztopione masło.

Dodajemy mokre składniki do suchych, mieszamy z grubsza. Gdy masa zacznie się łączyć dodajemy startą cukinię, ser i posiekany szczypior. Mieszamy do połączenia się składników.

Wykładamy do keksówki wyłożonej papierem do pieczenia. Pieczemy 45-60 minut w 175 stopniach, do suchego patyczka (czyli jak wsadzimy w chlebek wykałaczkę lub patyczek do szaszłyków, to po wyciągnięciu będzie suchy, a nie oblepiony mokrym ciastem).

Czekamy 15 minut, aż ostygnie, inaczej będzie się kiepsko kroił. Podajemy na ciepło z masłem, wędliną, serkiem naturalnym czy zupą. Chlebek świetnie się przechowuje – leży w chlebaku zawinięty w foliowy woreczek już drugi dzień i w ogóle nie wysechł.

Smacznego!

chlebek_cukinia_2

chlebek_cukinia_kromki

Sałatka BLTM

Czyli sałatka makaronowa z boczkiem, sałatą, pomidorami i mozzarellą, z absurdalnie dobrym sosem z awokado i jogurtu.

Brzmi dobrze?

Poczekajcie, aż jej spróbujecie.

salatkabltm2
Sałatka BLTM

W międzyczasie opowiem Wam, skąd wziął się przepis. Otóż jakiś czas temu odkryłam, że jestem strasznie słaba w Internety. Fejsik, trochę 9gaga, kilka blogów kulinarnych i już. Koniec. Lord mediów społecznościowych.

Postanowiłam więc sprawdzić, jak działają te wszystkie insta, snapy, linki, twitty itp. Dobra, przyznaję, Twittera mam, ale używam go tylko do śledzenia siatkarzy (którzy – poza Andreą Anastasim – nic nie piszą, bo grają w siatkówkę) i polityków i dziennikarzy politycznych (którzy z kolei cierpią zbiorowo na kompulsywne wysyłanie tłitów z każdą swoją niesamowicie odkrywczą i bardzo przemyślaną myślą). Więc Twittera znam, medium mnie nie rusza.

Zainstalowałam zatem Snapchata na telefonie, a następnie zgłupiałam. Co tam się robi? Jak się tego używa? Kuba uświadomił mi więc, że tam się wrzuca i to znika, albo że ktoś wrzuca i to znika.

Mój poziom zainteresowania cudzym życiem jest wprost proporcjonalny do poziomu zainteresowania ekshibicjonizmem, więc Snapa odinstalowałam jakieś dwie minuty po zainstalowaniu.

Na Instagrama weszłam, zobaczyłam pierwsze zdjęcie z pierdylionem hasztagów i wyszłam. To nie na moje nerwy.

Ale Pinterest! Ha! No to jest strzał w dziesiątkę! Spędziłam na pinie godziny. Codziennie zaglądam (jako obszary zainteresowań mam wybrane „ser”, „grill” oraz „grillowany ser”), codziennie znajduję coś fajnego. Przez Pina dotarłam także na kanał na YouTube (który również zaczynam dopiero odkrywać jako źródło czegoś fajnego, taka jestem nowoczesna), który zwie się Laura in the Kitchen. Pani Laura jest Włoszką, jej tata był kucharzem i ona teraz prowadzi sobie stronę internetową, kanał na jutubie, pisze książki i ogólnie wygląda jak doskonale skonstruowany produkt marketingowy, ALE!

To w niczym nie przeszkadza, bo ma naprawdę fajne przepisy.

Dzisiejsza sałatka jest właśnie inspirowana przepisem Laury na sałatkę BLT, który nieco zmodyfikowałam.

Sos jest tak boski, że będziecie go jeść łyżkami, przysięgam. Potrzebna jest do niego mieszanka ranczerska (to dziwaczne słowo, ale widzę, że internety je stosują, więc niech już będzie: chodzi o ranch dressing mix). W Stanach dostępna jest w każdym sklepie, u nas nie, ale nic nie stoi na przeszkodzie, żeby samemu ją zrobić. A naprawdę warto, bo później można ją przechowywać w słoiku miesiącami i brać po łyżce do sosów i cieszyć się pysznym dodatkiem. Polecam!

Sałatka BLTM

Porcja dla 4 osób wg przepisu Laury Vitale

Składniki:

  • 330 g ugotowanego makaronu muszelki
  • 130 g mozzarelli w kulce
  • 330 g pomidorów
  • 75 g boczku
  • dwie duże garści rukoli
  • 3 duże ząbki czosnku
  • sól, pieprz

Sos:

  • 1 awokado obrane ze skórki, bez pestki
  • 1 kubeczek jogurtu naturalnego
  • 2 łyżki oliwy
  • 2 ząbki czosnku
  • sok z 1/2 cytryny
  • 1 łyżka mieszanki ranczerskiej*

Mieszanka ranczerska:

  • 1/2 szklanki mleka w proszku
  • 2 łyżeczki suszonej cebuli w proszku
  • 1 łyżka suszonego czosnku w proszku
  • 1 łyżka suszonej pietruszki
  • 2 łyżeczki cebulki prażonej, potłuczonej na mniejsze kawałki
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 1/2 łyżeczki mielonego czarnego pieprzu
  • 1/2 łyżeczki suszonego koperku
  • 1/2 łyżeczki cukru

Przygotowanie:

Składniki mieszanki ranczerskiej dokładnie mieszamy, wsadzamy do szczelnie zamykanego słoiczka. Mieszankę można przechowywać kilka miesięcy i wykorzystywać do sosów na bazie majonezu i jogurtu.

Wszystkie składniki sosu blendujemy bardzo dokładnie, aż będzie kremowy i gładki. Wstawiamy do lodówki na czas przygotowania sałatki, żeby się przegryzł.

Makaron przelewamy pod strumieniem zimnej wody, żeby nie był posklejany. Odcedzamy, wrzucamy do miski.

Boczek kroimy w kosteczkę, smażymy na suchej patelni około 5 minut, aż ładnie się wytopi i zrumieni. Co jakiś czas mieszamy, żeby obsmażył się równomiernie. Odsączamy z tłuszczu, odkładamy na ręcznik papierowy, żeby obciekł.

Ząbki czosnku kroimy w drobną kosteczkę, pomidory i mozzarellę kroimy w kostkę wielkości muszelek makaronowych. Na pozostałości tłuszczu z boczku podsmażamy czosnek przez pół minuty na średnim ogniu, dodajemy pokrojone pomidory, solimy i pieprzymy. Podsmażamy przez minutę, dodajemy bezpośrednio do makaronu.

Do miski z makaronem i pomidorami dodajemy boczek, umytą i osuszoną rukolę oraz pokrojoną w kostkę mozzarellę. Mieszamy wszystko dokładnie. Wyjmujemy sos z lodówki i dodajemy do sałatki – najpierw dodajemy połowę sosu i dokładnie mieszamy. W zależności od wielkości awokado, gęstości jogurtu, wielkości cytryny, sosu może wyjść więcej lub mniej. Nie chcemy, żeby sałatka pływała w sosie, ale też nie chcemy, żeby była za sucha, dlatego warto sos dodawać stopniowo.

Podajemy od razu. Sałatka najlepsza jest na świeżo, po nocy w lodówce sos mocno gęstnieje i wszystko się skleja – smak nadal jest dobry, ale tekstura i wygląd zdecydowanie zmieniają się na minus.

Na świeżo jednak – palce lizać!

Smacznego!

A tak się prezentuje na talerzu
A tak się prezentuje na talerzu

Sajtos ember, czyli Człowiek Ser w Budapeszcie cz. I

Sijasta, jak mawiają nasi południowi ni-to-sąsiedzi, ni-to-bracia!

Człowiek Ser przez całe swoje życie odwiedzał Węgry pod różnymi postaciami – dawniej z Rodzicami na wakacje „do wód”, jak to się mówiło, a teraz z Niemężem na różne wyprawy. Ta majówkowa wizyta była moim trzecim pobytem w Budapeszcie i z wielką chęcią podzielę się z Wami informacjami dwóch rodzajów: gdzie zjeść i co zobaczyć. Odcinek pierwszy, który właśnie czytacie, poświęcony jest śniadaniom. Miał być o całym jedzeniu, ale zorientowałam się, że jedliśmy tak dużo i w tak wielu miejscach, że trzeba to rozbić na kilka odcinków. Będą się pojawiały co jakiś czas na przemian z innymi przepisami, żebyście się na śmierć nie zanudzili tymi Węgrami.

Nie będę Wam tłumaczyć, że trzeba zjeść langosza i gulasz, a napić się palinki, bo to Wam powie każdy. Nie powiem Wam też, że macie kupić wędzoną paprykę w proszku, bo to węgierskie ABC. Pokażę za to, gdzie my się stołowaliśmy i jak nam się w tych miejscach podobało.

Sery, oczywiście, grać będą pierwsze skrzypce. Oprócz tego porozmawiamy trochę o węgierskim piwie i winie. Pokażę też kilka miejsc, które pojawiają się w przewodnikach (lub nie), ale z jakiegoś powodu są mniej oblegane, niż taka Baszta Rybacka czy parlament, w niczym jednak pozostałym atrakcjom Budapesztu nie ustępując. Na koniec pogadamy o tym, co ja z takiej wyprawy przywożę (poza tą oczywistą oczywistością w postaci papryki).

Zatem:

CZŁOWIEK SER W BUDAPESZCIE, ODCINEK I: ŚNIADANIE

Brios

Aktualnie jedno z najmodniejszych i najpopularniejszych miejsc serwujących śniadania w Budapeszcie. Oblężone przez turystów i lokalsów, ale nie ma się co dziwić – jedzenie jest naprawdę przyjemne, sam lokal ma domowy klimat, a obsługa działa szybko i jest pomocna. Wizyta tam była naprawdę miła, choć musieliśmy siedzieć w środku, bo w niewielkim ogródku wychodzącym na ulicę zwyczajnie nie było już miejsca.

Co zjedliśmy: sezonowy bajgiel z łososiem, jajkiem w koszulce i szparagami, croque madame z szynką, dwie kawy i lemoniada

Ile zapłaciliśmy: 4900 forintów

Gdzie oni są: Pozsonyi 16

brios1
Siedział z nami przy stole, głupio było go wyprosić.
brios2
Bajgiel
brios3
Croque i sałatka

Butter Brothers

Poszliśmy do Butter Brothers, bo byli blisko i urzekła mnie ich nazwa. Lokal znajduje się w kamienicy, jest niewielki i rządzi nim trzech młodych chłopaków o niesamowitej energii. Wszystko opowiedzą, wszystko wyjaśnią, zaśpiewają z tobą piosenkę z Króla Lwa, a na koniec powiedzą, żebyś uważał ze stołkiem, bo akurat pod tym stolikiem śpi ich pies.

Jest to właściwie piekarnia, w której sprzedają świeżutkie i przepyszne wypieki. Wystrój jest obłędny – siedzi się na małych drabinkach, na drewnianej półce nad kasą leży wielki pluszak-brokuł, obok stoi gaśnica, komputer, stara waga, leży jakiś wąż. Drzwi są otwarte – przytrzymuje je ogromna bańka. Gdy wychodzimy, okazuje się, że bańka to tak naprawdę syfon i przygotowanie lemoniady obejmuje podejście do drzwi i nalanie w progu gazowanej wody.

W porze lunchowej bracia podają trzy ciepłe dania – zupę dnia, danie mięsne dnia i danie wegetariańskie dnia. Niestety tak się nażarliśmy ich bułeczkami i kanapkami, że nie mieliśmy sił nic więcej w siebie wcisnąć.

Ważna informacja – płatność tylko gotówką.

Co zjedliśmy: kanapka z kozim serem, mini-kisz z jajkiem, ciastko francuskie z serem i śmietaną, zawijane ciastko z pistacjami; Kawa z dripa i cappuccino

Ile zapłaciliśmy: około 4500 forintów

Gdzie oni są: Lónyay utca 22.

butterbrothers1
Kisze, kanapki i zawijasy
butterbrothers3
Lada, na której co chwilę lądują świeże wypieki
butterbrothers4
Reszta szalonego lokalu

Langos u Berty

Poważna sprawa. Pani Berta ma swoją budkę przy wyjściu z centrum handlowego Corvin. Otwiera jak jej wiatr zawieje – raz o 9, raz o 11. Ale jak już otworzy, to Berta w tej swojej budce ma wielką miednicę pełną świeżego ciasta drożdżowego, z której wprawnymi rękami wyciąga kawałki akurat takiej wielkości, żeby powstał pyszny placek. Berta przychodzi codziennie z nową bańką oleju, a langosze smaży na waszych oczach, dopytując pół po węgiersku, pół po angielsku, czy ma być z samą śmietaną, czy z serem. Berta nie dorzuca żadnych pomidorów ani innych bzdur na swoje langosze. Berta wie, że one tego nie potrzebują. Berta langosze rozumie. I takie coś, to ja rozumiem.

Co zjedliśmy: langosz ze śmietaną

Ile zapłaciliśmy: a ze 350 forintów

Gdzie ona jest: budki przy wyjściu z centrum handlowego Corvin, Corvin köz

langosz
Langosz od Berty

Cirkusz

Miejsce jest oblegane ze względu na jajka po benedyktyńsku, które serwują na ciepłej bułeczce angielskiej z obłędnym sosem holenderskim. Trzeba jednak przyznać, że kelnerzy uwijają się bardzo sprawnie. Przy wejściu od razu nas poinformowali, że na jedzenie trzeba będzie trochę poczekać. Kawę przynieśli po 5 minutach, a na te jajka naprawdę, naprawdę warto było czekać. Mają też domową granolę z jogurtem, śniadanie angielskie i ofertę lunchową, która zmienia się co tydzień.

Co zjedliśmy: jajka po benedyktyńsku, śniadanie angielskie, dwie kawy, sok pomarańczowy świeżo wyciskany

Ile zapłaciliśmy: nieco ponad 5000 forintów

Gdzie oni są: Dob utca 25

cikrus1
Ściana w barze
cirkus2
Jajka po benedyktyńsku
DSCN3048
Śniadanie angielskie

 

Cserpes Tejivó

Poszliśmy tu, bo mieliśmy blisko w dzień wyjazdu. Okazało się, że mają niezłą kawę i można tu zjeść szybkie śniadanko. Wystrój jest fajny, ale miejsce nie ma szczególnego klimatu – ludzie wchodzą i wychodzą, obsługa nie ma czasu ani ochoty zamienić z człowiekiem słowa. Gdyby Berta wcześniej otworzyła swoją budkę, to pewnie nawet byśmy tu nie zajrzeli, ale było dość tanio, więc wypiliśmy kawę, zagryzając kanapką i skonem. Nieskromnie powiem, że ich skon serowy nie umywał się do skonów cheddarowych Człowieka Sera.

Co zjedliśmy: skon serowy, kanapka z szynką, ogórkiem i pastą chrzanową, dwie kawy

Ile zapłaciliśmy: około 3000 forintów

Gdzie to jest: Corvin köz od strony József körút

bistro1
Kanapka z szynką
bistro2
Kawa i skon

Nagyi Palacsintázója

To miejsce to absolutny hit. Znajduje się przy Batthyány tér i 24 godziny na dobę serwuje naleśniki w zawrotnej cenie 300-380 forintów za sztukę. Do wyboru są dwa menu – z naleśnikami na słodko i na słono. Następnie bierze się tego pysznego naleśnika, idzie na piętro i w powalającej cenie 4,50 zł dostaje się świetny widok na plac, Dunaj i – jeśli akurat odpowiednie okno jest wolne – parlament. Czy można chcieć więcej?

Co zjedliśmy: naleśniki!

Ile zapłaciliśmy: około 300 forintów za sztuk

Gdzie to jest: Batthány tér 5

batthyany1
Wystrój wnętrza nawiązujący do starego dworca stojącego obok
batthyany2
Naleśniki z kawałkiem placu

 

I to by było na tyle pierwszej relacji z Budapesztu. A może Wy macie jakieś swoje ulubione, sprawdzone miejsca na śniadanie w Budapeszcie? Dajcie znać w komentarzach albo na fejsie!

Do zobaczenia w następnych odcinkach!

Skony z chorizo i cheddarem

Uwielbiam chorizo i uwielbiam skony – musiało więc powstać coś pysznego.

Szukałam różnych skonów w internetach, ale szczerze Wam powiem – najlepsze wychodzą mi wtedy, kiedy eksperymentuję i tak było też w tym przypadku. Skony wyszły mięciutkie, chrupiące z wierzchu, lekko paprykowe, mocno serowe, ze słono-ostrym posmakiem kiełbaski. Do tego słonecznik, który naprawdę fajnie podbija smak sera.skonyczeddar

Kiedy piszę chorizo, to mam na myśli podsuszoną, twardą, mocno tłustą kiełbaskę. Nie chodzi mi o krojone na cieniutkie plasterki chorizo przypominające bardziej salami skrzyżowane z baleronem. Chodzi o kiełbaskę, która na surowo łamie zęby, taka jest zwarta. O kiełbaskę, która ma w sobie tyle smaku, że ślinianki uruchamiają się na samą myśl o niej. Takie chorizo można kupić w supermarketach zapakowane próżniowo i choć nie przypomina ono w niczym prawdziwego hiszpańskiego chorizo, to jednak jest dużo bliżej, niż te salami-balerony sprzedawane na stoiskach mięsnych.

skonyczedar2

Skoro już sobie to wyjaśniliśmy, to teraz powiem Wam, że takie skony najlepiej komponują się z dobrym serialem. Tym razem polecam serial Broadchurch. Klimatyczny, dobrze zagrany, niepopadający w patos. Historia może nie jest zbyt skomplikowana i dość łatwo domyślić się, kto stoi za śmiercią małego Danny’ego Latimera, ale emocje, jakie temu towarzyszą, są świetne.skonyczedar5

Dlatego powinniście wszyscy zagnieść sobie takie skony, włączyć serial i popijając niezbyt złożonym, młodym merlotem, rozkoszować się tym jedzonkiem.

 

Skony z chorizo i cheddarem

Porcja na 8 skonów

Składniki:

  • 200 g mąki
  • 100 g masła
  • 100 g cheddara
  • 100 g chorizo
  • 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 1/2 łyżeczki pieprzu czarnego mielonego
  • 1/2 łyżeczki czosnku w proszku
  • 1/2 pęczka szczypiorku
  • 1 roztrzepane jajko
  • 2 garści pestek słonecznika (ok. 50 g)

Przygotowanie:

W malakserze miksujemy mąkę, proszek do pieczenia, sól, pieprz, czosnek i masło. Ser trzemy na tarce o grubych oczkach, szczypior siekamy zgrubnie. Chorizo kroimy w kosteczkę i podsmażamy na suchej, nieprzywierającej patelni. Dodajemy do mąki z masłem razem z pestkami słonecznika. Mieszamy, dodajemy pół roztrzepanego jajka i zagniatamy ciasto.

Nagrzewamy piekarnik do 200 stopni.

Wykładamy ciasto na blat, rozpłaszczamy na grubość około 3 cm, starając się zachować kształt prostokąta. Kroimy na trójkąty. Układamy na blasze do pieczenia, smarujemy resztą jajka, możemy posypać wierzch słodką papryką w proszku.

Pieczemy 18 minut w 200 stopniach.

Smacznego!

skonyczedar3

Sałatka z roszponki i gorgonzoli

Odchudzamy się.

Takie jest życie, czasem się człowiek stłuści, to się potem musi odtłuścić. Nie będę jednak przy tym rezygnować z siebie (tj. z sera). Można się odchudzać, ale nie ma się co umartwiać.

Z tego względu stawiamy na więcej warzyw i sałaty. Nie jesteśmy szczęśliwi, ale takie jest życie. Możemy co najwyżej dodawać do naszych warzyw boczek i ser, więc tak robimy.

Instrukcja wykonania będzie miała formę obrazkową, bo jestem prawdziwą blogerką, a prawdziwe blogerki robią takie rzeczy.

Sałatka z roszponki i gorgonzoli

Porcja dla dwóch osób

Składniki:

  • 6 garści roszponki
  • 30 g boczku (4 plastry)
  • 6 kawałków suszonych pomidorów
  • 1/2 czerwonej cebuli
  • 40 g gorgonzoli
  • 2 kromki suchego chleba lub 1 sucha bułka

Sos winegret:

  • 1 łyżka musztardy francuskiej
  • 1 łyżeczka syropu z agawy lub miodu
  • 2 łyżki oliwy z oliwek
  • 1 łyżka octu winnego cytrynowego
  • sól i pieprz

Przygotowanie:

Roszponkę myjemy i wrzucamy do miski.

roszponka

Boczek kroimy na cienkie paseczki, podsmażamy 5 minut na suchej patelni, aż się wytopi i ładnie zrumieni. Odsączamy z tłuszczu na papierowym ręczniku. Suszone pomidory kroimy na paseczki i razem z boczkiem wrzucamy do roszponki.

DSCN1727

Cebulę kroimy w cienkie piórka i dodajemy do sałatki. W miseczce mieszamy energicznie wszystkie składniki sosu. Można też włożyć je do słoiczka, zakręcić słoiczek i mocno wstrząsnąć nim przez kilka sekund. Sos dodajemy do miski z sałatą, całość dokładnie mieszamy. Odstawiamy na 5 minut, żeby się przegryzła.

DSCN1729

winegret

Gorgonzolę kroimy w kwadraty 1,5 cm na 1,5 cm. Bułkę lub chleb kroimy na takie same kwadraty, rumienimy na patelni, na której smażył się boczek. Wszystko dodajemy do sałaty, mieszamy.

DSCN1731

Podajemy! Smacznego!

DSCN1735

 

 

Śniadanie w Krakowie odc. 2

Kontynuujemy dziś temat śniadań w Krakowie. Niestety, jestem leszczem i straciłam telefon, a wraz z nim niemal wszystkie zdjęcia, które zrobiłam w trakcie tych wizyt. Jakoś obędziemy się bez nich, a jak będzie okazja, to pstryknę fotę i odświeżę wpis.

Tymczasem: kolejne miejsca w Krakowie, w których można zjeść śniadanie!

Nap Nap Cafe – malutkie miejsce, pyszne kanapki i kawa, przemiła obsługa. To raczej miejsce na szybkie śniadanko w biegu niż na poranne przesiadywanie. Nie ma tu za wiele miejsca, ale jest klimat i dobra kawa.

Gdzie: Zwierzyniecka 5, Kiedy: 8-21

Bon Jour Cava tarta z sałatką, bardzo miła obsługa i przyjemnie urządzone wnętrze. Porcje nie za duże, ale dzięki temu można spróbować kilku rzeczy. Pożarłam kisze, a na koniec tartę z owocami. Bardzo, bardzo przyjemnie.

Gdzie: Warszawska 16, Kiedy: różnie w zależności od miejsca (są 3 w Krakowie) i dnia, zazwyczaj 10-18

Dynia – do Dyni robiliśmy podejście już kilka razy. Miejsce jest ładnie urządzone, ma wspaniały i bardzo klimatyczny ogródek letni, ale niestety jakość obsługi i średnie jedzenie skutecznie rujnują całą wizytę. Kelnerów i kelnerek jest sporo, ale znikają natychmiast po odebraniu zamówienia i już nigdy się nami nie interesują – o rachunek trzeba się prosić. Zestawy śniadaniowe są dosyć drogie (około 20 zł) i niezbyt dobre – wzięliśmy wersję z trzema pastami do chleba: jajeczną, rybną i twarożkiem ze szczypiorkiem. Pasta jajeczna ledwie smakowała jajkiem, twarożek był jakimś kremowym serkiem, który obok twarogu chyba nawet nie leżał, niezbyt obficie posypanym po wierzchu szczypiorkiem. Pasta rybna wypadła najlepiej, ale nie ratowała całego zestawu. Kiełbaski z serem i boczkiem z drugiego zestawu są słabiutkie, ser i boczek bez smaku, do tego na talerzu podane były dwie niby-grzanki spieczone w zgrzewaczu na kamień. Atmosfera miejsca jest świetna i wielka szkoda, że kuchnia i obsługa jej nie dorównują.

Gdzie: Krupnicza 20, Kiedy: śniadania do 13

Boccoca – bardzo miłe miejsce z przyjemnie zaskakującym, dobrym jedzeniem i obsługą. Jedliśmy śniadanie angielskie (bardzo dobre białe kiełbaski!) i przepyszny omlet z kozim serem, puszysty z zewnątrz i kremowo-serowy w środku. Do omletu dołączona była sałatka z roszponki i pomidorków i gdyby pomidorków było więcej niż dwa, to całość byłaby na medal. Do tego wszystkiego podano nam świeże i chrupiące pieczywo. W ofercie również dobrze wyglądające tarty, zielone koktajle i świeżo wyciskane soki z cytrusów. Odwiedziliśmy Boccocę w czasie letnich upałów w 2015 i bardzo podobało mi się, że w pomieszczeniu działała klimatyzacja, a w małym korytarzyku prowadzącym do łazienki ustawiono miskę z wodą dla zwierzaków. Brawo!

Gdzie: Plac Inwalidów 7, Kiedy: 8-22

Jajownia – niewielkie miejsce, oferujące różne pasty jajeczne, jajecznice, kanapki z jajkiem i dodatkami. Było miło, ceny niewygórowane, kawa smaczna. Dla nas najlepszy był zestaw obwarzanek+pasta jajeczna+chorizo, ale choć zjedliśmy górę kanapek, to wyszliśmy nie do końca najedzeni. W dodatku po przeciwnej stronie ulicy jest Bagel Mama, a z nią ciężko u nas konkurować.

Gdzie: Dajwór 23, Kiedy: 9-17

JEST ZDJĘCIE! Robione konserwą tyrolską, dlatego taka świetna jakość.

Jajownia

 

Odwiedziliśmy ponownie…

Bagel Mama – tu jest po prostu super. Te bajgle śnią mi się po nocach i nic na to nie poradzę. Moim osobistym hitem jest Woody Allen z tuńczykiem i BLT z bekonem tak chrupiącym, że człowiek czuje się, jakby występował w amerykańskim filmie. W ogóle po wyjściu z Bagel Mamy człowiek się czuje jakoś lepiej.

Gdzie: Dajwór 10, Kiedy: 9-17

Moment – do Momentu zaglądamy regularnie, bo ich propozycje śniadaniowe są naprawdę świetne i różnorodne. W weekendy w porze śniadaniowej bywa tu tłoczno, ale zawsze znajdzie się kawałek stolika, przy którym obsłuży nas miły kelner czy miła kelnerka. Ostatnio (marzec 2016), przyznaję, dość długo czekaliśmy na nasze zamówienie (doskonale zrobione jajka w koszulce z sałatką wiosenną z karty sezonowej i śniadanie angielskie), ale kelner przyszedł do nas i przeprosił za długi czas oczekiwania, a nie udawał, że w ogóle nie istniejemy. To wielki plus. Polecam serdecznie.

Gdzie: Estery 22, Kiedy: 9-1 w nocy, śniadanie do w weekendy do 16

Poprzedni odcinek Śniadań w Krakowie znajduje się tutaj.

Skony z bazylią

suszonymi pomidorami i fetą!

skony-bazyliowe

Nie ma na świecie nic lepszego od skonów. Nie ma, po prostu mnie nie przekonacie. Dużo jest dobrych rzeczy, ale żeby było coś takiego jak skon, gdzie każda kulinarna pierdoła może zagnieść takiego klucha, upiec i zjeść – to nie ma.

skony-bazyliowe3

Nie ma się co tu rozpisywać: przepis!

Skony z bazylią, suszonymi pomidorami i fetą

Porcja na 8 skonów

Składniki:

Ciasto:

  • 200 g mąki pszennej
  • 1 i 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1/3 łyżeczki soli
  • 1/4 łyżeczki świeżo mielonego pieprzu
  • 100 g zimnego masła
  • 100 g kwaśnej śmietany 12% lub 18%
  • 3 łyżki zimnej wody

Dodatki:

  • 1/2 szklanki pokrojonych na duże kawałki listków bazylii
  • 100 g fety pokrojonej w kostkę
  • 8 kawałków suszonych pomidorów w zalewie pokrojonych w paski
  • 1 jajko

Przygotowanie:

W dużej misce mieszamy mąkę z proszkiem do pieczenia, solą, pieprzem. Zimne masło siekamy na kawałki i rozcieramy palcami z mąką (lub siekamy w malakserze). Dodajemy śmietanę i zagniatamy gęste ciasto – jeśli nie chce się łączyć, dodajemy po jednej łyżce wodę. Do miski wrzucamy bazylię, fetę i suszone pomidory, mieszamy całość.

Piekarnik nagrzewamy do 200 stopni.

Ciasto wykładamy na blat, formujemy prostokąt o grubości ok. 2,5 cm. Kroimy najpierw na pół wzdłuż, potem na pół w poprzek. Potem każdy z powstałych czterech prostokątów kroimy na dwa trójkąty, jak na zdjęciu.

skony-bazyliowe2

Układamy na blasze wyłożonej papierem do pieczenia lub matą silikonową. Smarujemy roztrzepanym jajkiem. Pieczemy 15-20 minut (do zarumienienia i suchego patyczka).

Smacznego!

skony-bazyliowe4

 

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.

Up ↑