czyli potrawa narodowa Słowaków.

W haluszkach, czyli kluseczkach wymieszanych z serem, zajadaliśmy się cały pobyt w Bratysławie. Brzmią bardzo prosto – ot, bierze się mąkę, jajko, tam trochę ziemniaków czy czego tam, co tam jest, miesza się to z wodą, aż będzie dobre, a potem się gotuje, no, tyle, żeby były.

Innymi słowy: haluszki są niewyobrażalnie trudne w przygotowaniu, ponieważ nikt nigdy nie robi ich według przepisu. Haluszki się robi na oko, z ręki, z głowy, z czego tam jeszcze, ale nie z przepisu. W związku z tym każdy robi te haluszki inaczej – jedni z samej mąki i wody, twierdząc, że przez jajka robią się twarde. Inni dodają jajka twierdząc, że bez jajek się rozpada. Trzeci znowu dodają surowych ziemniaków, bo bez ziemniaków nie ma smaku. Inni dodają gotowanych, bo z surowymi wychodzi ziarniste. I tak dalej, i tym podobne. Oczywiście nadal nikt nie jest w stanie określić sensownych proporcji ani tego, jak to ciasto powinno wyglądać, ile się gotować i inne takie zupełnie nikomu niepotrzebne szczegóły.

Ostatecznie przeczytałam kilkanaście przepisów w internetach i zrobiłam własny, który wyszedł. Przy okazji dowiedziałam się, że do haluszków (haluszek? cholera wie.) można kupić na Słowacji specjalne sitko-durszlak. Przy następnej wizycie na pewno kupię, bo widzę dla niego wiele zastosowań w swojej kuchni i polecam taki zakup wszystkim, którzy się będą na Słowację wybierać.

Tymczasem jednak poradziłam sobie przy pomocy garnka do gotowania na parze, czy raczej takiej kiepskiej jakości wkładki do tego garnka – akurat ma dziury odpowiedniej wielkości, tylko rzadko rozmieszczone, przez co cały proceder był koszmarnie męczący. Ogólnie po haluszkach kuchnia wygląda jak po huraganie, w dodatku jak pomyślę, że zjedliśmy na obiad prawie pół kilo mąki, to robi mi się trochę słabo (sumienie jednak śpi, podobnie jak ja po tym obżarstwie).

Do samych kluseczków dodaje się oczywiście ser! Słowacką bryndzę, która konsystencją przypomina nieco polski serek topiony, ale w smaku…w smaku jest bryndzą. Wygląda taka bryndza tak:bryndza

i jest takim miękkim, pysznym serem. Stanowczo najlepszy zakup przywieziony zza gór.

Zatem od słów do czynów: przepis!

Bryndzowe haluszki

Do przygotowania haluszków potrzebne jest specjalne sitko z dziurami, o w takim stylu: sitko do haluszków

Składniki:

  • 450 g mąki pszennej
  • 1 jajko
  • 1 i 1/2 łyżeczki soli
  • około 2 szklanki wody
  • pół opakowania bryndzy (około 125 g)
  • 50 g boczku

Przygotowanie:

W średnim garnku gotujemy wodę na haluszki, gdy się zagotuje dodajemy łyżeczkę soli. W dużej misce mieszamy mąkę, pół łyżeczki soli i jajko, dolewając po trochu wody, aż ciasto osiągnie półpłynną, ciągliwą konsystencję. Przecieramy ciasto przez sitko na gotującą się wodę, gotujemy kluseczki jeszcze przez 1-2 minuty, aż wypłyną na powierzchnię.

Boczek kroimy w kosteczkę i smażymy na skwarki na suchej patelni.

Gotowe kluseczki wyławiamy łyżką cedzakową, wrzucamy do miski, dodajemy pokruszoną bryndzę i mieszamy delikatnie, aż ser się trochę rozpuści. Wykładamy na talerze, posypując skwarkami i okraszając tłuszczem wytopionym z boczku. Podajemy sól i pieprz, by każdy mógł sobie doprawić na talerzu. Zjadamy na ciepło, a potem próbujemy nie urodzić, bo tak się strasznie przeżarliśmy.

bryndzowe_haluszki

 

P.S.

Ja wiem,  że ta potrawa wygląda nieszczególnie, ale powiedzmy sobie szczerze: czy taki, dajmy na to, bigos, wygląda szczególnie? Nie wygląda. Breja, na dobrą sprawę. A czy jest pyszny? Jest. Haluszki też. Trzeba przymknąć oczy i zajadać, zajadać, zajadać…

Reklamy