Szukaj

Cztowiek Ser

Czy wszystko jest lepsze, jeśli dodać do tego ser?

Kategoria

Czytelnia

Sajtos ember, czyli Człowiek Ser w Budapeszcie cz. I

Sijasta, jak mawiają nasi południowi ni-to-sąsiedzi, ni-to-bracia!

Człowiek Ser przez całe swoje życie odwiedzał Węgry pod różnymi postaciami – dawniej z Rodzicami na wakacje „do wód”, jak to się mówiło, a teraz z Niemężem na różne wyprawy. Ta majówkowa wizyta była moim trzecim pobytem w Budapeszcie i z wielką chęcią podzielę się z Wami informacjami dwóch rodzajów: gdzie zjeść i co zobaczyć. Odcinek pierwszy, który właśnie czytacie, poświęcony jest śniadaniom. Miał być o całym jedzeniu, ale zorientowałam się, że jedliśmy tak dużo i w tak wielu miejscach, że trzeba to rozbić na kilka odcinków. Będą się pojawiały co jakiś czas na przemian z innymi przepisami, żebyście się na śmierć nie zanudzili tymi Węgrami.

Nie będę Wam tłumaczyć, że trzeba zjeść langosza i gulasz, a napić się palinki, bo to Wam powie każdy. Nie powiem Wam też, że macie kupić wędzoną paprykę w proszku, bo to węgierskie ABC. Pokażę za to, gdzie my się stołowaliśmy i jak nam się w tych miejscach podobało.

Sery, oczywiście, grać będą pierwsze skrzypce. Oprócz tego porozmawiamy trochę o węgierskim piwie i winie. Pokażę też kilka miejsc, które pojawiają się w przewodnikach (lub nie), ale z jakiegoś powodu są mniej oblegane, niż taka Baszta Rybacka czy parlament, w niczym jednak pozostałym atrakcjom Budapesztu nie ustępując. Na koniec pogadamy o tym, co ja z takiej wyprawy przywożę (poza tą oczywistą oczywistością w postaci papryki).

Zatem:

CZŁOWIEK SER W BUDAPESZCIE, ODCINEK I: ŚNIADANIE

Brios

Aktualnie jedno z najmodniejszych i najpopularniejszych miejsc serwujących śniadania w Budapeszcie. Oblężone przez turystów i lokalsów, ale nie ma się co dziwić – jedzenie jest naprawdę przyjemne, sam lokal ma domowy klimat, a obsługa działa szybko i jest pomocna. Wizyta tam była naprawdę miła, choć musieliśmy siedzieć w środku, bo w niewielkim ogródku wychodzącym na ulicę zwyczajnie nie było już miejsca.

Co zjedliśmy: sezonowy bajgiel z łososiem, jajkiem w koszulce i szparagami, croque madame z szynką, dwie kawy i lemoniada

Ile zapłaciliśmy: 4900 forintów

Gdzie oni są: Pozsonyi 16

brios1
Siedział z nami przy stole, głupio było go wyprosić.
brios2
Bajgiel
brios3
Croque i sałatka

Butter Brothers

Poszliśmy do Butter Brothers, bo byli blisko i urzekła mnie ich nazwa. Lokal znajduje się w kamienicy, jest niewielki i rządzi nim trzech młodych chłopaków o niesamowitej energii. Wszystko opowiedzą, wszystko wyjaśnią, zaśpiewają z tobą piosenkę z Króla Lwa, a na koniec powiedzą, żebyś uważał ze stołkiem, bo akurat pod tym stolikiem śpi ich pies.

Jest to właściwie piekarnia, w której sprzedają świeżutkie i przepyszne wypieki. Wystrój jest obłędny – siedzi się na małych drabinkach, na drewnianej półce nad kasą leży wielki pluszak-brokuł, obok stoi gaśnica, komputer, stara waga, leży jakiś wąż. Drzwi są otwarte – przytrzymuje je ogromna bańka. Gdy wychodzimy, okazuje się, że bańka to tak naprawdę syfon i przygotowanie lemoniady obejmuje podejście do drzwi i nalanie w progu gazowanej wody.

W porze lunchowej bracia podają trzy ciepłe dania – zupę dnia, danie mięsne dnia i danie wegetariańskie dnia. Niestety tak się nażarliśmy ich bułeczkami i kanapkami, że nie mieliśmy sił nic więcej w siebie wcisnąć.

Ważna informacja – płatność tylko gotówką.

Co zjedliśmy: kanapka z kozim serem, mini-kisz z jajkiem, ciastko francuskie z serem i śmietaną, zawijane ciastko z pistacjami; Kawa z dripa i cappuccino

Ile zapłaciliśmy: około 4500 forintów

Gdzie oni są: Lónyay utca 22.

butterbrothers1
Kisze, kanapki i zawijasy
butterbrothers3
Lada, na której co chwilę lądują świeże wypieki
butterbrothers4
Reszta szalonego lokalu

Langos u Berty

Poważna sprawa. Pani Berta ma swoją budkę przy wyjściu z centrum handlowego Corvin. Otwiera jak jej wiatr zawieje – raz o 9, raz o 11. Ale jak już otworzy, to Berta w tej swojej budce ma wielką miednicę pełną świeżego ciasta drożdżowego, z której wprawnymi rękami wyciąga kawałki akurat takiej wielkości, żeby powstał pyszny placek. Berta przychodzi codziennie z nową bańką oleju, a langosze smaży na waszych oczach, dopytując pół po węgiersku, pół po angielsku, czy ma być z samą śmietaną, czy z serem. Berta nie dorzuca żadnych pomidorów ani innych bzdur na swoje langosze. Berta wie, że one tego nie potrzebują. Berta langosze rozumie. I takie coś, to ja rozumiem.

Co zjedliśmy: langosz ze śmietaną

Ile zapłaciliśmy: a ze 350 forintów

Gdzie ona jest: budki przy wyjściu z centrum handlowego Corvin, Corvin köz

langosz
Langosz od Berty

Cirkusz

Miejsce jest oblegane ze względu na jajka po benedyktyńsku, które serwują na ciepłej bułeczce angielskiej z obłędnym sosem holenderskim. Trzeba jednak przyznać, że kelnerzy uwijają się bardzo sprawnie. Przy wejściu od razu nas poinformowali, że na jedzenie trzeba będzie trochę poczekać. Kawę przynieśli po 5 minutach, a na te jajka naprawdę, naprawdę warto było czekać. Mają też domową granolę z jogurtem, śniadanie angielskie i ofertę lunchową, która zmienia się co tydzień.

Co zjedliśmy: jajka po benedyktyńsku, śniadanie angielskie, dwie kawy, sok pomarańczowy świeżo wyciskany

Ile zapłaciliśmy: nieco ponad 5000 forintów

Gdzie oni są: Dob utca 25

cikrus1
Ściana w barze
cirkus2
Jajka po benedyktyńsku
DSCN3048
Śniadanie angielskie

 

Cserpes Tejivó

Poszliśmy tu, bo mieliśmy blisko w dzień wyjazdu. Okazało się, że mają niezłą kawę i można tu zjeść szybkie śniadanko. Wystrój jest fajny, ale miejsce nie ma szczególnego klimatu – ludzie wchodzą i wychodzą, obsługa nie ma czasu ani ochoty zamienić z człowiekiem słowa. Gdyby Berta wcześniej otworzyła swoją budkę, to pewnie nawet byśmy tu nie zajrzeli, ale było dość tanio, więc wypiliśmy kawę, zagryzając kanapką i skonem. Nieskromnie powiem, że ich skon serowy nie umywał się do skonów cheddarowych Człowieka Sera.

Co zjedliśmy: skon serowy, kanapka z szynką, ogórkiem i pastą chrzanową, dwie kawy

Ile zapłaciliśmy: około 3000 forintów

Gdzie to jest: Corvin köz od strony József körút

bistro1
Kanapka z szynką
bistro2
Kawa i skon

Nagyi Palacsintázója

To miejsce to absolutny hit. Znajduje się przy Batthyány tér i 24 godziny na dobę serwuje naleśniki w zawrotnej cenie 300-380 forintów za sztukę. Do wyboru są dwa menu – z naleśnikami na słodko i na słono. Następnie bierze się tego pysznego naleśnika, idzie na piętro i w powalającej cenie 4,50 zł dostaje się świetny widok na plac, Dunaj i – jeśli akurat odpowiednie okno jest wolne – parlament. Czy można chcieć więcej?

Co zjedliśmy: naleśniki!

Ile zapłaciliśmy: około 300 forintów za sztuk

Gdzie to jest: Batthány tér 5

batthyany1
Wystrój wnętrza nawiązujący do starego dworca stojącego obok
batthyany2
Naleśniki z kawałkiem placu

 

I to by było na tyle pierwszej relacji z Budapesztu. A może Wy macie jakieś swoje ulubione, sprawdzone miejsca na śniadanie w Budapeszcie? Dajcie znać w komentarzach albo na fejsie!

Do zobaczenia w następnych odcinkach!

Reklamy

Piątkowa czytelnia odc. 1

czyli serowo-światopoglądowe podsumowanie tygodnia.

Oto otwieram nowy, zupełnie nieregularny cykl piątkowych wpisów, w których podzielę się z Wami tym, co przez cały tydzień wyczytałam w Internetach.

W Piątkowej czytelni będziemy sobie różne rzeczy oglądać i czytać, a potem zagryzać to wszystko serem i zapijać winem.

Lecimy.

Jared Leto jest nowym Jokerem i ciężko powiedzieć, co z tego wyniknie. Po kreacji Heatha Ledgera, nad którą wszyscy się rozpływają, stworzenie czegoś nowego może być trudne. Poza tym wytwórnie od kilku ładnych lat raczą nas całymi seriami filmów o superbohaterach i nie wiem, jak Wam, ale mnie się temat już trochę znudził.

Powoli i spokojnie mijamy Plutona. No, może nie my jako ja i Wy, ale jako ludzkość mijamy. I dostajemy nowe jego zdjęcia. A potem lecimy dalej, poza nasz Układ Słoneczny. Może to i paproch w oku, ale żyjemy chyba w tej epoce eksploracji kosmosu, co to o niej czytamy w książkach sci-fi z lat 80. A może nikt już o tym nie czyta – tak czy siak, kosmos.

W następny weekend w Lublinie Carnaval Sztukmistrzów. Świetna impreza w pięknym mieście, choć z roku na rok ludzi coraz więcej i atmosfera spotkania z magią jakby powoli wygasa. Nadal to jeden z najlepszych sposobów na spędzenie weekendu. A w Lublinie można też dobrze zjeść.

Na Polonie dowiadujemy się, że każdy, kto ma nad sobą zwierzchnika, musi się czasem ukorzyć i poprosić o urlop. Nawet Juliusz Słowacki musiał. Kto pogrzebie dalej, ten się dowie, czy Słowacki urlop dostał czy nie dostał. Norwid, wiadomo, by nie dostał. Ale ten Słowacki…?

Gdyby jednak ktoś chciał się wybrać w niebezpieczną podróż, to polecam pewien uroczy i ciepły film, który doskonale komponuje się ze skonami i winem – koniecznie w towarzystwie koca, ewentualnie kogoś do przytulania. Tylko ostrożnie, bo oglądacie na własne ryzyko.

W temacie kulinarnym natomiast – małe zestawienie jedzenia, które na surowo może nam zaszkodzić. Trochę trywializmów, trochę interesujących informacji. Ziemniaki krypto-zabójcy.

I na koniec spojrzenie młodej Amerykanki o polsko-żydowskich korzeniach na kilka naszych największych miast. Jak zawsze zachwyca mnie, że obcokrajowcy z takim namaszczeniem odkrywają polskie oczywistości i śmieszy mnie, że my z takim samym namaszczeniem odkrywamy oczywistości innych krajów.

Tymczasem wracam do pracy (czyli do pilnego odkładania wszystkiego na później)(PIĄTEK). Miłego czytania!

Blog na WordPress.com.

Up ↑