Szukaj

Cztowiek Ser

Czy wszystko jest lepsze, jeśli dodać do tego ser?

Kategoria

Śniadanie

Roladki drożdżowe z pesto i suszoną szynką

„Chyba zrobię coś dobrego” – obwieścił Człowiek Ser drugiemu Człowiekowi, z którym mieszka. Człowiek wyraził aprobatę i w efekcie Człowiek Ser zamknął się w kuchni i zaczął wymyślać.

Przyszła jesień. Próbuję się oszukiwać, że jeszcze nie, ale jednak od dawna wszędzie ciągam za sobą kocyk, uzupełniam zapasy wina, drożdży i przypraw do grzańca. Ani się obejrzałam, a o 17 robi się ciemno i już nawet okoliczne wyrostki nie drą się pod blokiem do późnych godzin nocnych, bo rodzice zagarniają je do łóżek, bo szkoła.

roladki-szynka-4

Jesień to idealny czas na wszystkie comfort food. Zacny to koncept, pochodzący z krajów, w których nadwaga dotyka przeważającej części społeczeństwa. I ja nawet wiem, dlaczego. Te wszystkie potrawy zawierają tony makaronu, sera, śmietany, masła. To podświadome gromadzenie tłuszczu. Ewolucyjnie w trudnych chwilach skłaniamy się ku pożywieniu, które pozwoli nam przetrwać długie, jesienne wieczory.

Oczywiście równocześnie społeczeństwo wymaga od nas nienagannej figury, przez co wpadamy w depresję i sięgamy po jeszcze więcej jedzenia na pocieszenie.

Tak oto przedstawia się moja definicja jesieni. To nieustanna kołyska depresji z powodu wszechogarniającej jesieni i depresji z powodu zajadania depresji z powodu wszechogarniającej jesieni, powodującej depresję z powodu wszechogarniającej tłustości.

Dlatego też piekę dziś roladki drożdżowe z pesto i suszoną szynką. Do nich lampka wina i w sumie czwartek jak co tydzień.

roladki-szynka-6

 

Roladki drożdżowe z pesto i suszoną szynką

Porcja na 10 roladek

Składniki:

  • 180 g mąki pszennej
  • 2 łyżki zarodków pszennych
  • 5 g suszonych drożdży
  • 100 ml ciepłej wody
  • 1 łyżeczka cukru
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 3 łyżki zielonego pesto
  • 20 g sera Grana Padano
  • 6 plasterków szynki suszonej (serrano, parmeńskiej)
  • 5 suszonych pomidorów w zalewie, pokrojonych w paseczki

Przygotowanie:

W misce mieszamy mąkę, zarodki pszenne, cukier, sól i drożdże. Dodajemy stopniowo wodę – najpierw dodajemy połowę i wyrabiamy wstępnie ciasto, potem dolewamy w razie potrzeby. Ciasto wyrabiamy ręcznie lub mikserem na gładką, elastyczną masę. Mikserem potrwa to około 5 minut.

Odstawiamy ciasto na około 40 minut do wyrośnięcia. Po tym czasie włączamy piekarnik na 200 stopni, żeby się nagrzewał.

Ciasto wykładamy na posypaną mąką stolnicę lub matę, rozwałkowujemy lub rozciągamy palcami na prostokąt o wymiarach ok. 30 x 40 cm. Smarujemy ciasto cienką, równomierną warstwą pesto. Wykładamy szynkę, rozkładając plastry tak, żeby były pofałdowane. Rozsypujemy równomiernie pokrojone suszone pomidory.

Ciasto zwijamy w roladę wzdłuż dłuższej krawędzi, jak na zdjęciach poniżej.

Następnie kroimy je ostrym nożem na 10 równych kawałków. Roladki rozkładamy na blasze wyłożonej papierem do pieczenia lub matą w odstępach (urosną). Posypujemy po wierzchu drobno startym serem.

Pieczemy w 200 stopniach 18-22 minuty, aż się ładnie zrumienią.

Studzimy na kratce i podajemy.

Smacznego!

 

 

roladki-szynka-1

roladki-szynka-2

roladki-szynka-3

roladki-szynka-5

 

 

Reklamy

Chlebek z cukinią i cheddarem

Cukinia. Kurczak wśród warzyw. Warzywo tak wszechstronne, że nie nadaje się właściwie do niczego. Ani mokre, ani suche. Nieco mdłe, ale trochę jakby słodkie. Raz za twarde, raz rozmięknięte. Innymi słowy – jak nie kochać cukinii?

Z tej miłości do cukinii oraz z tego, że zostaliśmy cukinią obdarowani, narodził się pomysł, by coś z nią zrobić ludzkiego. Można robić placki z cukinii, ale jak dla mnie nie mają one smaku i ogólnie więcej z nimi roboty, niż pożytku. Można robić cukinię w posypce parmezanowej, ale nie wierzę, że to działa. Jak ktoś próbował i wie, że działa, to niech mi powie – może się przekonam.

Przeglądałam więc Pintresta, szukając pomysłu na cukinię i oto jest. Chlebek z cukinii z cheddarem. Ekspresowy, rumiany. Nie ma opcji, żeby to było niedobre.

Przygotowanie całości trwało może z 10 minut i chlebek piecze się teraz w piecu. Obserwuję go jak wariatka, zaglądam tam do środka, bo może… nie wiem, co się stanie. Może wybuchnie. Może się spali na kamień. Na węgiel. Może się rozleje (gdzie ci się, babo, rozleje, w foremce?). W ogóle mam dużo wizji, w których całe to przedsięwzięcie okazuje się kompletną porażką.

O, cholera. Zaczął rosnąć. A jak wyjdzie z foremki? CO JAK WYJDZIE Z FOREMKI?

Ciasto w stanie wymieszanym. Do keksówki i do roboty.
Ciasto w stanie wymieszanym. Do keksówki i do pieca.

Można powiedzieć, że jestem dziś w nastroju lekko neurotycznym. To się zdarza na jesieni, musicie mi wybaczyć. Nadmiar grzybów i cukinii w organizmie skutkuje nieraz neurozą. Potwierdzone naukowo przez radzieckich naukowców. Później znajdę Wam linka do badań.

Tymczasem chlebek się piecze i zaczyna pięknie pachnieć. Nie ma się co dziwić, w końcu jest w nim pół kilo sera. No, tak naprawdę to 220 gramów, ale to właściwie prawie że pół kilo. Już sobie wyobrażam, jak smakuje. Że jest serowy, miękki, nie za suchy. Z chrupiącą skórką z kawałkami przypieczonego sera. Że ma takie kawałeczki szczypiorku, które zaostrzają jego smak. Że smaruję jeszcze ciepłą kromkę masłem, a ono się rozpuszcza i całość jest po prostu palce lizać…

To co, przepis?

chlebek_cukinia_1

Chlebek z cukinią i cheddarem

Przepis pochodzi z tej strony

Składniki:

  • 300 g mąki pszennej
  • 2 łyżki cukru
  • 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 50 g masła
  • 400 g maślanki (pełen kubek)
  • 1 jajko
  • 250 g cukinii
  • 220 g cheddara
  • pęczek szczypiorku

Przygotowanie:

Nagrzewamy piekarnik do 175 stopni.

W mikrofali lub małym garnuszku roztapiamy masło, odstawiamy do ostygnięcia.

Na tarce o grubych oczkach ścieramy cukinię, w razie potrzeby odciskamy z niej nadmiar wody. Na tej samej tarce ścieramy cheddar. Szczypiorek siekamy na kawałki około 1/4 cm.

W dużej misce mieszamy mąkę, cukier, proszek do pieczenia, sodę i sól.

W mniejszej misce mieszamy maślankę, jajko i roztopione masło.

Dodajemy mokre składniki do suchych, mieszamy z grubsza. Gdy masa zacznie się łączyć dodajemy startą cukinię, ser i posiekany szczypior. Mieszamy do połączenia się składników.

Wykładamy do keksówki wyłożonej papierem do pieczenia. Pieczemy 45-60 minut w 175 stopniach, do suchego patyczka (czyli jak wsadzimy w chlebek wykałaczkę lub patyczek do szaszłyków, to po wyciągnięciu będzie suchy, a nie oblepiony mokrym ciastem).

Czekamy 15 minut, aż ostygnie, inaczej będzie się kiepsko kroił. Podajemy na ciepło z masłem, wędliną, serkiem naturalnym czy zupą. Chlebek świetnie się przechowuje – leży w chlebaku zawinięty w foliowy woreczek już drugi dzień i w ogóle nie wysechł.

Smacznego!

chlebek_cukinia_2

chlebek_cukinia_kromki

Sałatka BLTM

Czyli sałatka makaronowa z boczkiem, sałatą, pomidorami i mozzarellą, z absurdalnie dobrym sosem z awokado i jogurtu.

Brzmi dobrze?

Poczekajcie, aż jej spróbujecie.

salatkabltm2
Sałatka BLTM

W międzyczasie opowiem Wam, skąd wziął się przepis. Otóż jakiś czas temu odkryłam, że jestem strasznie słaba w Internety. Fejsik, trochę 9gaga, kilka blogów kulinarnych i już. Koniec. Lord mediów społecznościowych.

Postanowiłam więc sprawdzić, jak działają te wszystkie insta, snapy, linki, twitty itp. Dobra, przyznaję, Twittera mam, ale używam go tylko do śledzenia siatkarzy (którzy – poza Andreą Anastasim – nic nie piszą, bo grają w siatkówkę) i polityków i dziennikarzy politycznych (którzy z kolei cierpią zbiorowo na kompulsywne wysyłanie tłitów z każdą swoją niesamowicie odkrywczą i bardzo przemyślaną myślą). Więc Twittera znam, medium mnie nie rusza.

Zainstalowałam zatem Snapchata na telefonie, a następnie zgłupiałam. Co tam się robi? Jak się tego używa? Kuba uświadomił mi więc, że tam się wrzuca i to znika, albo że ktoś wrzuca i to znika.

Mój poziom zainteresowania cudzym życiem jest wprost proporcjonalny do poziomu zainteresowania ekshibicjonizmem, więc Snapa odinstalowałam jakieś dwie minuty po zainstalowaniu.

Na Instagrama weszłam, zobaczyłam pierwsze zdjęcie z pierdylionem hasztagów i wyszłam. To nie na moje nerwy.

Ale Pinterest! Ha! No to jest strzał w dziesiątkę! Spędziłam na pinie godziny. Codziennie zaglądam (jako obszary zainteresowań mam wybrane „ser”, „grill” oraz „grillowany ser”), codziennie znajduję coś fajnego. Przez Pina dotarłam także na kanał na YouTube (który również zaczynam dopiero odkrywać jako źródło czegoś fajnego, taka jestem nowoczesna), który zwie się Laura in the Kitchen. Pani Laura jest Włoszką, jej tata był kucharzem i ona teraz prowadzi sobie stronę internetową, kanał na jutubie, pisze książki i ogólnie wygląda jak doskonale skonstruowany produkt marketingowy, ALE!

To w niczym nie przeszkadza, bo ma naprawdę fajne przepisy.

Dzisiejsza sałatka jest właśnie inspirowana przepisem Laury na sałatkę BLT, który nieco zmodyfikowałam.

Sos jest tak boski, że będziecie go jeść łyżkami, przysięgam. Potrzebna jest do niego mieszanka ranczerska (to dziwaczne słowo, ale widzę, że internety je stosują, więc niech już będzie: chodzi o ranch dressing mix). W Stanach dostępna jest w każdym sklepie, u nas nie, ale nic nie stoi na przeszkodzie, żeby samemu ją zrobić. A naprawdę warto, bo później można ją przechowywać w słoiku miesiącami i brać po łyżce do sosów i cieszyć się pysznym dodatkiem. Polecam!

Sałatka BLTM

Porcja dla 4 osób wg przepisu Laury Vitale

Składniki:

  • 330 g ugotowanego makaronu muszelki
  • 130 g mozzarelli w kulce
  • 330 g pomidorów
  • 75 g boczku
  • dwie duże garści rukoli
  • 3 duże ząbki czosnku
  • sól, pieprz

Sos:

  • 1 awokado obrane ze skórki, bez pestki
  • 1 kubeczek jogurtu naturalnego
  • 2 łyżki oliwy
  • 2 ząbki czosnku
  • sok z 1/2 cytryny
  • 1 łyżka mieszanki ranczerskiej*

Mieszanka ranczerska:

  • 1/2 szklanki mleka w proszku
  • 2 łyżeczki suszonej cebuli w proszku
  • 1 łyżka suszonego czosnku w proszku
  • 1 łyżka suszonej pietruszki
  • 2 łyżeczki cebulki prażonej, potłuczonej na mniejsze kawałki
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 1/2 łyżeczki mielonego czarnego pieprzu
  • 1/2 łyżeczki suszonego koperku
  • 1/2 łyżeczki cukru

Przygotowanie:

Składniki mieszanki ranczerskiej dokładnie mieszamy, wsadzamy do szczelnie zamykanego słoiczka. Mieszankę można przechowywać kilka miesięcy i wykorzystywać do sosów na bazie majonezu i jogurtu.

Wszystkie składniki sosu blendujemy bardzo dokładnie, aż będzie kremowy i gładki. Wstawiamy do lodówki na czas przygotowania sałatki, żeby się przegryzł.

Makaron przelewamy pod strumieniem zimnej wody, żeby nie był posklejany. Odcedzamy, wrzucamy do miski.

Boczek kroimy w kosteczkę, smażymy na suchej patelni około 5 minut, aż ładnie się wytopi i zrumieni. Co jakiś czas mieszamy, żeby obsmażył się równomiernie. Odsączamy z tłuszczu, odkładamy na ręcznik papierowy, żeby obciekł.

Ząbki czosnku kroimy w drobną kosteczkę, pomidory i mozzarellę kroimy w kostkę wielkości muszelek makaronowych. Na pozostałości tłuszczu z boczku podsmażamy czosnek przez pół minuty na średnim ogniu, dodajemy pokrojone pomidory, solimy i pieprzymy. Podsmażamy przez minutę, dodajemy bezpośrednio do makaronu.

Do miski z makaronem i pomidorami dodajemy boczek, umytą i osuszoną rukolę oraz pokrojoną w kostkę mozzarellę. Mieszamy wszystko dokładnie. Wyjmujemy sos z lodówki i dodajemy do sałatki – najpierw dodajemy połowę sosu i dokładnie mieszamy. W zależności od wielkości awokado, gęstości jogurtu, wielkości cytryny, sosu może wyjść więcej lub mniej. Nie chcemy, żeby sałatka pływała w sosie, ale też nie chcemy, żeby była za sucha, dlatego warto sos dodawać stopniowo.

Podajemy od razu. Sałatka najlepsza jest na świeżo, po nocy w lodówce sos mocno gęstnieje i wszystko się skleja – smak nadal jest dobry, ale tekstura i wygląd zdecydowanie zmieniają się na minus.

Na świeżo jednak – palce lizać!

Smacznego!

A tak się prezentuje na talerzu
A tak się prezentuje na talerzu

Sajtos ember, czyli Człowiek Ser w Budapeszcie cz. I

Sijasta, jak mawiają nasi południowi ni-to-sąsiedzi, ni-to-bracia!

Człowiek Ser przez całe swoje życie odwiedzał Węgry pod różnymi postaciami – dawniej z Rodzicami na wakacje „do wód”, jak to się mówiło, a teraz z Niemężem na różne wyprawy. Ta majówkowa wizyta była moim trzecim pobytem w Budapeszcie i z wielką chęcią podzielę się z Wami informacjami dwóch rodzajów: gdzie zjeść i co zobaczyć. Odcinek pierwszy, który właśnie czytacie, poświęcony jest śniadaniom. Miał być o całym jedzeniu, ale zorientowałam się, że jedliśmy tak dużo i w tak wielu miejscach, że trzeba to rozbić na kilka odcinków. Będą się pojawiały co jakiś czas na przemian z innymi przepisami, żebyście się na śmierć nie zanudzili tymi Węgrami.

Nie będę Wam tłumaczyć, że trzeba zjeść langosza i gulasz, a napić się palinki, bo to Wam powie każdy. Nie powiem Wam też, że macie kupić wędzoną paprykę w proszku, bo to węgierskie ABC. Pokażę za to, gdzie my się stołowaliśmy i jak nam się w tych miejscach podobało.

Sery, oczywiście, grać będą pierwsze skrzypce. Oprócz tego porozmawiamy trochę o węgierskim piwie i winie. Pokażę też kilka miejsc, które pojawiają się w przewodnikach (lub nie), ale z jakiegoś powodu są mniej oblegane, niż taka Baszta Rybacka czy parlament, w niczym jednak pozostałym atrakcjom Budapesztu nie ustępując. Na koniec pogadamy o tym, co ja z takiej wyprawy przywożę (poza tą oczywistą oczywistością w postaci papryki).

Zatem:

CZŁOWIEK SER W BUDAPESZCIE, ODCINEK I: ŚNIADANIE

Brios

Aktualnie jedno z najmodniejszych i najpopularniejszych miejsc serwujących śniadania w Budapeszcie. Oblężone przez turystów i lokalsów, ale nie ma się co dziwić – jedzenie jest naprawdę przyjemne, sam lokal ma domowy klimat, a obsługa działa szybko i jest pomocna. Wizyta tam była naprawdę miła, choć musieliśmy siedzieć w środku, bo w niewielkim ogródku wychodzącym na ulicę zwyczajnie nie było już miejsca.

Co zjedliśmy: sezonowy bajgiel z łososiem, jajkiem w koszulce i szparagami, croque madame z szynką, dwie kawy i lemoniada

Ile zapłaciliśmy: 4900 forintów

Gdzie oni są: Pozsonyi 16

brios1
Siedział z nami przy stole, głupio było go wyprosić.
brios2
Bajgiel
brios3
Croque i sałatka

Butter Brothers

Poszliśmy do Butter Brothers, bo byli blisko i urzekła mnie ich nazwa. Lokal znajduje się w kamienicy, jest niewielki i rządzi nim trzech młodych chłopaków o niesamowitej energii. Wszystko opowiedzą, wszystko wyjaśnią, zaśpiewają z tobą piosenkę z Króla Lwa, a na koniec powiedzą, żebyś uważał ze stołkiem, bo akurat pod tym stolikiem śpi ich pies.

Jest to właściwie piekarnia, w której sprzedają świeżutkie i przepyszne wypieki. Wystrój jest obłędny – siedzi się na małych drabinkach, na drewnianej półce nad kasą leży wielki pluszak-brokuł, obok stoi gaśnica, komputer, stara waga, leży jakiś wąż. Drzwi są otwarte – przytrzymuje je ogromna bańka. Gdy wychodzimy, okazuje się, że bańka to tak naprawdę syfon i przygotowanie lemoniady obejmuje podejście do drzwi i nalanie w progu gazowanej wody.

W porze lunchowej bracia podają trzy ciepłe dania – zupę dnia, danie mięsne dnia i danie wegetariańskie dnia. Niestety tak się nażarliśmy ich bułeczkami i kanapkami, że nie mieliśmy sił nic więcej w siebie wcisnąć.

Ważna informacja – płatność tylko gotówką.

Co zjedliśmy: kanapka z kozim serem, mini-kisz z jajkiem, ciastko francuskie z serem i śmietaną, zawijane ciastko z pistacjami; Kawa z dripa i cappuccino

Ile zapłaciliśmy: około 4500 forintów

Gdzie oni są: Lónyay utca 22.

butterbrothers1
Kisze, kanapki i zawijasy
butterbrothers3
Lada, na której co chwilę lądują świeże wypieki
butterbrothers4
Reszta szalonego lokalu

Langos u Berty

Poważna sprawa. Pani Berta ma swoją budkę przy wyjściu z centrum handlowego Corvin. Otwiera jak jej wiatr zawieje – raz o 9, raz o 11. Ale jak już otworzy, to Berta w tej swojej budce ma wielką miednicę pełną świeżego ciasta drożdżowego, z której wprawnymi rękami wyciąga kawałki akurat takiej wielkości, żeby powstał pyszny placek. Berta przychodzi codziennie z nową bańką oleju, a langosze smaży na waszych oczach, dopytując pół po węgiersku, pół po angielsku, czy ma być z samą śmietaną, czy z serem. Berta nie dorzuca żadnych pomidorów ani innych bzdur na swoje langosze. Berta wie, że one tego nie potrzebują. Berta langosze rozumie. I takie coś, to ja rozumiem.

Co zjedliśmy: langosz ze śmietaną

Ile zapłaciliśmy: a ze 350 forintów

Gdzie ona jest: budki przy wyjściu z centrum handlowego Corvin, Corvin köz

langosz
Langosz od Berty

Cirkusz

Miejsce jest oblegane ze względu na jajka po benedyktyńsku, które serwują na ciepłej bułeczce angielskiej z obłędnym sosem holenderskim. Trzeba jednak przyznać, że kelnerzy uwijają się bardzo sprawnie. Przy wejściu od razu nas poinformowali, że na jedzenie trzeba będzie trochę poczekać. Kawę przynieśli po 5 minutach, a na te jajka naprawdę, naprawdę warto było czekać. Mają też domową granolę z jogurtem, śniadanie angielskie i ofertę lunchową, która zmienia się co tydzień.

Co zjedliśmy: jajka po benedyktyńsku, śniadanie angielskie, dwie kawy, sok pomarańczowy świeżo wyciskany

Ile zapłaciliśmy: nieco ponad 5000 forintów

Gdzie oni są: Dob utca 25

cikrus1
Ściana w barze
cirkus2
Jajka po benedyktyńsku
DSCN3048
Śniadanie angielskie

 

Cserpes Tejivó

Poszliśmy tu, bo mieliśmy blisko w dzień wyjazdu. Okazało się, że mają niezłą kawę i można tu zjeść szybkie śniadanko. Wystrój jest fajny, ale miejsce nie ma szczególnego klimatu – ludzie wchodzą i wychodzą, obsługa nie ma czasu ani ochoty zamienić z człowiekiem słowa. Gdyby Berta wcześniej otworzyła swoją budkę, to pewnie nawet byśmy tu nie zajrzeli, ale było dość tanio, więc wypiliśmy kawę, zagryzając kanapką i skonem. Nieskromnie powiem, że ich skon serowy nie umywał się do skonów cheddarowych Człowieka Sera.

Co zjedliśmy: skon serowy, kanapka z szynką, ogórkiem i pastą chrzanową, dwie kawy

Ile zapłaciliśmy: około 3000 forintów

Gdzie to jest: Corvin köz od strony József körút

bistro1
Kanapka z szynką
bistro2
Kawa i skon

Nagyi Palacsintázója

To miejsce to absolutny hit. Znajduje się przy Batthyány tér i 24 godziny na dobę serwuje naleśniki w zawrotnej cenie 300-380 forintów za sztukę. Do wyboru są dwa menu – z naleśnikami na słodko i na słono. Następnie bierze się tego pysznego naleśnika, idzie na piętro i w powalającej cenie 4,50 zł dostaje się świetny widok na plac, Dunaj i – jeśli akurat odpowiednie okno jest wolne – parlament. Czy można chcieć więcej?

Co zjedliśmy: naleśniki!

Ile zapłaciliśmy: około 300 forintów za sztuk

Gdzie to jest: Batthány tér 5

batthyany1
Wystrój wnętrza nawiązujący do starego dworca stojącego obok
batthyany2
Naleśniki z kawałkiem placu

 

I to by było na tyle pierwszej relacji z Budapesztu. A może Wy macie jakieś swoje ulubione, sprawdzone miejsca na śniadanie w Budapeszcie? Dajcie znać w komentarzach albo na fejsie!

Do zobaczenia w następnych odcinkach!

Śniadanie w Krakowie odc. 2

Kontynuujemy dziś temat śniadań w Krakowie. Niestety, jestem leszczem i straciłam telefon, a wraz z nim niemal wszystkie zdjęcia, które zrobiłam w trakcie tych wizyt. Jakoś obędziemy się bez nich, a jak będzie okazja, to pstryknę fotę i odświeżę wpis.

Tymczasem: kolejne miejsca w Krakowie, w których można zjeść śniadanie!

Nap Nap Cafe – malutkie miejsce, pyszne kanapki i kawa, przemiła obsługa. To raczej miejsce na szybkie śniadanko w biegu niż na poranne przesiadywanie. Nie ma tu za wiele miejsca, ale jest klimat i dobra kawa.

Gdzie: Zwierzyniecka 5, Kiedy: 8-21

Bon Jour Cava tarta z sałatką, bardzo miła obsługa i przyjemnie urządzone wnętrze. Porcje nie za duże, ale dzięki temu można spróbować kilku rzeczy. Pożarłam kisze, a na koniec tartę z owocami. Bardzo, bardzo przyjemnie.

Gdzie: Warszawska 16, Kiedy: różnie w zależności od miejsca (są 3 w Krakowie) i dnia, zazwyczaj 10-18

Dynia – do Dyni robiliśmy podejście już kilka razy. Miejsce jest ładnie urządzone, ma wspaniały i bardzo klimatyczny ogródek letni, ale niestety jakość obsługi i średnie jedzenie skutecznie rujnują całą wizytę. Kelnerów i kelnerek jest sporo, ale znikają natychmiast po odebraniu zamówienia i już nigdy się nami nie interesują – o rachunek trzeba się prosić. Zestawy śniadaniowe są dosyć drogie (około 20 zł) i niezbyt dobre – wzięliśmy wersję z trzema pastami do chleba: jajeczną, rybną i twarożkiem ze szczypiorkiem. Pasta jajeczna ledwie smakowała jajkiem, twarożek był jakimś kremowym serkiem, który obok twarogu chyba nawet nie leżał, niezbyt obficie posypanym po wierzchu szczypiorkiem. Pasta rybna wypadła najlepiej, ale nie ratowała całego zestawu. Kiełbaski z serem i boczkiem z drugiego zestawu są słabiutkie, ser i boczek bez smaku, do tego na talerzu podane były dwie niby-grzanki spieczone w zgrzewaczu na kamień. Atmosfera miejsca jest świetna i wielka szkoda, że kuchnia i obsługa jej nie dorównują.

Gdzie: Krupnicza 20, Kiedy: śniadania do 13

Boccoca – bardzo miłe miejsce z przyjemnie zaskakującym, dobrym jedzeniem i obsługą. Jedliśmy śniadanie angielskie (bardzo dobre białe kiełbaski!) i przepyszny omlet z kozim serem, puszysty z zewnątrz i kremowo-serowy w środku. Do omletu dołączona była sałatka z roszponki i pomidorków i gdyby pomidorków było więcej niż dwa, to całość byłaby na medal. Do tego wszystkiego podano nam świeże i chrupiące pieczywo. W ofercie również dobrze wyglądające tarty, zielone koktajle i świeżo wyciskane soki z cytrusów. Odwiedziliśmy Boccocę w czasie letnich upałów w 2015 i bardzo podobało mi się, że w pomieszczeniu działała klimatyzacja, a w małym korytarzyku prowadzącym do łazienki ustawiono miskę z wodą dla zwierzaków. Brawo!

Gdzie: Plac Inwalidów 7, Kiedy: 8-22

Jajownia – niewielkie miejsce, oferujące różne pasty jajeczne, jajecznice, kanapki z jajkiem i dodatkami. Było miło, ceny niewygórowane, kawa smaczna. Dla nas najlepszy był zestaw obwarzanek+pasta jajeczna+chorizo, ale choć zjedliśmy górę kanapek, to wyszliśmy nie do końca najedzeni. W dodatku po przeciwnej stronie ulicy jest Bagel Mama, a z nią ciężko u nas konkurować.

Gdzie: Dajwór 23, Kiedy: 9-17

JEST ZDJĘCIE! Robione konserwą tyrolską, dlatego taka świetna jakość.

Jajownia

 

Odwiedziliśmy ponownie…

Bagel Mama – tu jest po prostu super. Te bajgle śnią mi się po nocach i nic na to nie poradzę. Moim osobistym hitem jest Woody Allen z tuńczykiem i BLT z bekonem tak chrupiącym, że człowiek czuje się, jakby występował w amerykańskim filmie. W ogóle po wyjściu z Bagel Mamy człowiek się czuje jakoś lepiej.

Gdzie: Dajwór 10, Kiedy: 9-17

Moment – do Momentu zaglądamy regularnie, bo ich propozycje śniadaniowe są naprawdę świetne i różnorodne. W weekendy w porze śniadaniowej bywa tu tłoczno, ale zawsze znajdzie się kawałek stolika, przy którym obsłuży nas miły kelner czy miła kelnerka. Ostatnio (marzec 2016), przyznaję, dość długo czekaliśmy na nasze zamówienie (doskonale zrobione jajka w koszulce z sałatką wiosenną z karty sezonowej i śniadanie angielskie), ale kelner przyszedł do nas i przeprosił za długi czas oczekiwania, a nie udawał, że w ogóle nie istniejemy. To wielki plus. Polecam serdecznie.

Gdzie: Estery 22, Kiedy: 9-1 w nocy, śniadanie do w weekendy do 16

Poprzedni odcinek Śniadań w Krakowie znajduje się tutaj.

Skony z bazylią

suszonymi pomidorami i fetą!

skony-bazyliowe

Nie ma na świecie nic lepszego od skonów. Nie ma, po prostu mnie nie przekonacie. Dużo jest dobrych rzeczy, ale żeby było coś takiego jak skon, gdzie każda kulinarna pierdoła może zagnieść takiego klucha, upiec i zjeść – to nie ma.

skony-bazyliowe3

Nie ma się co tu rozpisywać: przepis!

Skony z bazylią, suszonymi pomidorami i fetą

Porcja na 8 skonów

Składniki:

Ciasto:

  • 200 g mąki pszennej
  • 1 i 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1/3 łyżeczki soli
  • 1/4 łyżeczki świeżo mielonego pieprzu
  • 100 g zimnego masła
  • 100 g kwaśnej śmietany 12% lub 18%
  • 3 łyżki zimnej wody

Dodatki:

  • 1/2 szklanki pokrojonych na duże kawałki listków bazylii
  • 100 g fety pokrojonej w kostkę
  • 8 kawałków suszonych pomidorów w zalewie pokrojonych w paski
  • 1 jajko

Przygotowanie:

W dużej misce mieszamy mąkę z proszkiem do pieczenia, solą, pieprzem. Zimne masło siekamy na kawałki i rozcieramy palcami z mąką (lub siekamy w malakserze). Dodajemy śmietanę i zagniatamy gęste ciasto – jeśli nie chce się łączyć, dodajemy po jednej łyżce wodę. Do miski wrzucamy bazylię, fetę i suszone pomidory, mieszamy całość.

Piekarnik nagrzewamy do 200 stopni.

Ciasto wykładamy na blat, formujemy prostokąt o grubości ok. 2,5 cm. Kroimy najpierw na pół wzdłuż, potem na pół w poprzek. Potem każdy z powstałych czterech prostokątów kroimy na dwa trójkąty, jak na zdjęciu.

skony-bazyliowe2

Układamy na blasze wyłożonej papierem do pieczenia lub matą silikonową. Smarujemy roztrzepanym jajkiem. Pieczemy 15-20 minut (do zarumienienia i suchego patyczka).

Smacznego!

skony-bazyliowe4

 

Street Food Polska Festival w Galerii Kazimierz

lub jak pokochałam foodtrucki, a troszeczkę znienawidziłam siebie.

W miniony weekend pod Galerią Kazimierz w Krakowie odbył się (kolejny już raz) Street Food Polska Festival. O co chodzi? O samochody z żarciem, czyli foodtrucki znane nam bardzo dobrze z amerykańskich filmów, a w ostatnich latach także z wielkomiejskiej rzeczywistości. Bo foodtrucki po cichutku znalazły swoje miejsce w polskich miastach – przycupnęły na parkingach, przydomowych podwórkach, pod galeriami, na ulicach. I nagle zorientowaliśmy się, że zamiast iść na bułkę do dziupli w ścianie, idziemy na bułkę do budki na kółkach.

DSCN1661

Postanowiliśmy skorzystać z okazji i wybrać się na festiwal na obiad. Zrobiliśmy dokładny risercz w internetach na świetnie prowadzonym fejsbukowym profilu Street Food Polska, który jest odpowiedzialny za bardzo wiele moich ślinotoków.

Po dotarciu na miejsce okazało się, że atmosfera jest bardzo miła – z głośników leci nie za głośna muzyka, jest zorganizowane miejsce zabaw i animacji dla dzieci, foodtrucki stoją w sensownych odległościach od siebie, tuż obok ustawione są zadaszone stoliki z ławami, a na trawce można się wyłożyć na kocyku lub leżaczku. Wygląda to dobrze, ale czy się najemy?

DSCN1674

Odpowiedź wydaje się oczywista, bo wszędzie widzimy ludzi wgryzających się w burgery, tortille, pierożki, lody, bułki, ziemniaki i co dusza zapragnie. Wgryzają się, a potem słychać „O BOŻE JUŻ NIE MOGĘ, ALE TO JEST TAKIE DOBRE”.

To jest dobry znak.

Zaczynamy od pierożków od Momo-Smak Kuchnia Tybetańska Wybieramy opcję z soczewicą i dzielimy się jedną porcją. Pierożki są pyszne, mokre, klejące się. Doskonały początek. Zwracamy grzecznie koszyczek i ruszamy dalej.

Popijamy pierożki dziwacznym napojem z galaretką od Bubbleology Polska, który jest dla nas za słodki, ale akceptujemy, że taki ma być. Galaretki wciągamy dużą słomką. Jest miło oraz przyjemnie.

DSCN1670

Nie możemy się zdecydować, czy najpierw zjemy maczankę krakowską z Andrus Food Truck, czy jajcarza od Bandy Kotleta.

Idziemy więc na porcję kopca ziemniaczanego z FOOD so GOOD – pierwszy FoodTruck w Kielcach. Ziemniaki jak z ogniska (serio, jak oni to robią?! mają tam jakieś takie małe ognisko w tej budce?!), super trendy szarpana wieprzowina, dużo warzyw – ogórki, kapusta, buraczki! – i sos. Jemy małą porcję na spółkę i stają nam łzy w oczach, bo chyba nie zdołamy zjeść i maczanki i jajcarza.

DSCN1672

Decydujemy się w końcu odpuścić maczankę i bierzemy zawijanego od Bandy kotleta. Niesamowity pomysł – połączenie tradycyjnych polskich smaków obiadowych z fast foodem. Oto najprawdziwsza rolada wieprzowa nadziewana ogórkiem i innymi składnikami, wsadzona w bułę, przyprawiona chrzanem (sic!), z masą dodatków i sosem pieczeniowym (sic!!). Absolutny hit. Do tego przemiła obsługa, która świetnie zdaje sobie sprawę z tego, że jedzenie u nich wymaga tony serwetek i mokrych chusteczek – oba zapewniają.

DSCN1682

Chcielibyśmy jeszcze zjeść maczankę, ale już nie możemy. Potem widzę kanapki z ogonem byka i nie mogę sobie wybaczyć, że nie mam ogromnego żołądka. Potem widzę, jak ktoś obok mnie bierze podwójnego wiedeńskiego (co oznacza wielką bułę a w niej nie jednego, ale DWA ogromne sznycle wiedeńskie) i zazdroszczę, że on ma ogromny żołądek.

Mijamy jeszcze stoisko z goframi, potem lody i mini-stoisko z zimną kawą. Jestem tak nażarta, że ledwo idę. A tu jeszcze foodtruck z tostami i z potrawami sous-vide. To ponad moje siły. Ktoś niesie jakieś burrito? Co to było? Boże, jak to dobrze pachnie.

DSCN1676

Padamy na kocyku na trawce i rozpoczynamy proces trawienia. A ja już myślę o tym, kiedy będzie następna edycja, bo tej maczanki nie odpuszczę i tego jajcarza też bym wciągnęła, a w ogóle to był też foodtruck z sushi… Następnym razem!

DSCN1688

Jajka zapiekane w kokilkach

Proste i pyszne śniadanko, które przygotujecie w 3 minuty. Dobra, potem potrzeba jeszcze 12 minut na zapieczenie jajek, ale przysięgam, to już tyle.

kokilka_1

Zaczniemy od napakowania kokilki samym dobrem – na dno wrzucimy najtłustszą z tłustych śmietan, najbardziej dojrzałą z dojrzewających szynek i najsuchsze z suszonych pomidorów (to nieprawda, pomidory są mokre, bo trzymane w zalewie)(pomidory olejowe)(nie brzmi dobrze).kokilka_2

 

Potem sprawa prezentuje się banalnie – wbijamy do każdej kokilki po jednym jaju, posypujemy startym żółtym serem i szczypiorem.

Przy okazji powiem Wam, że zostałam mikro-rolnikiem (rolniczką?). Na balkonie w donicach mam szczypior, miętę, bazylię, pomidory, kolendrę…I przysięgam, nie ma nic lepszego niż kanapka z pomidorem z własnego krzaczka posypana szczypiorem z własnej doniczki. Jakbym mogła, to trzymałabym na balkonie kurę albo dwie, one by sobie tam mieszkały wesoło i znosiły mi wesołe jajka. Prawdopodobnie następnie wspólnota mieszkaniowa wyrzuciłaby mnie na zbity pysk, ale miałabym przynajmniej swoje kury na pocieszenie.

Obok kur zamieszkałaby koza i mogłabym sama sobie robić roladki kozie. Zeżarłaby mi pewnie cały balkon, bo kozy zjadają wszystko, ale byłoby mleko.

Analizuję właśnie swój balkon i stwierdzam, że taka nieduża jałówka też by mi się zmieściła, więc mogłabym robić nawet edamski.

Tymczasem jednak: przepis!

Jajka zapiekane w kokilkach

Składniki dla dwóch osób

  • 2 jajka
  • 2 łyżki gęstej śmietany 36%
  • 2 łyżki pokrojonych w paski suszonych pomidorów
  • 2 łyżki pokrojonej w paski szynki dojrzewającej
  • 2 łyżki startego żółtego sera
  • szczypior

Przygotowanie:

Nagrzewamy piekarnik do 200 stopni. Do kokilek wkładamy kolejno śmietanę, suszone pomidory, szynkę. Wbijamy delikatnie po jednym jajku, posypujemy serem i szczypiorkiem. Pieczemy 12-16 minut – białko ma się ściąć, a żółtko pozostać płynne. Podajemy z grzankami lub tostami, które można zamaczać w tym wszystkim, ser się rozpuści, żółtko rozleje i będzie pysznie, że ojej.

Smacznego!

kokilka_3

 

 

Bułka z serem

Poważnie, po prostu bułka z serem.

Ale!

Upieczemy ją sami, a szynka i ser, a może nawet i inne dodatki już będą w środku.

Tak naprawdę jest to taka mini-rolada z ciasta drożdżowego z serem i szynką w środku (wiem, brzmi to trochę jak zwinięta w rulon pizza)(co w tym złego?)(już wkrótce na blogu: zwijana pizza). Bułkę przygotowuje się szybko i bezproblemowo, a jak smakuje…

Dowiem się za 40 minut, bo właśnie wyrasta.

Przepis pochodzi ponownie z dodatku Moje Gotowanie („Chleby i bułki własnego wypieku”, marzec-kwiecień 2015). Zmieniłam jednak zupełnie proporcje, bo nie chciałam miliona porcji, tylko dwie. W trakcie okazało się również, że ilość mąki jest niewystarczająca, czegoś tam zapomniałam dodać, i tak dalej, i tym podobne… W efekcie powstał nowy przepis zgrubnie inspirowany tym z gazety. Lubię życie na krawędzi, więc nie boję się dodać więcej mąki do ciasta.

bulka_progress_1

Ciasto ładnie się wyrobiło, jest elastyczne. Szynka jest lekko wczorajsza, a więc najlepsza do takiego użytku – bo nic się nie marnuje (#fridgepower #mamamówiłaniewyrzucaj i inne). Zrobiłam też eksperyment z serem pleśniowym i rukolą, jest nadzieja, że będzie smacznie, ale pewności nie ma. Na końcu posta (i postu) dowiemy się, jak to wszystko wyszło.

Teraz już ciasto wyrosło, posmaruję je jajem i może…a, co mi tam, sypnę trochę ziaren na kawałek bułki. I do pieca.

bulka_progress_2

OMÓJBOŻEJAKIEDOBRE

bulka_gotowa_1

Eksperymenty zakończone sukcesem. Co ciekawe, każdemu smakowało co innego – mi najbardziej przypadł do gustu pleśniowy z rukolą i szynką, Lubemu sama szynka z serem. Mam wrażenie, że można w ten sposób zapiec absolutnie wszystko. Będę próbować, stay tuned.

A tymczasem: przepis!

Bułka z serem

Porcja dla 4 osób na przekąskę

Składniki:

Ciasto:

  • 125 g świeżych drożdży
  • 250 ml ciepłej wody
  • 260 g mąki + do podsypania
  • 1/4 łyżki soli
  • 1/2 łyżki oliwy
  • 1 żółtko do smarowania

Dodatki:

  • 80 g szynki w plasterkach
  • 40 g mozzarelli w kulce
  • 5 plasterków żółtego sera (np. goudy)
  • 40 g sera z niebieską pleśnią (np. roquefort)
  • garść rukoli
  • 40 g fety

Przygotowanie:

Rozpuszczamy drożdże w wodzie, dodajemy 1/3 mąki, sól, oliwę, mieszamy. Powstanie dosyć rzadka masa. Przykrywamy ją czystą ściereczką, odstawiamy na godzinę w ciepłe miejsce.

Wyrośnięty zaczyn mieszamy z resztą mąki i wyrabiamy mikserem lub ręką, aż powstanie gładkie i elastyczne ciasto. W razie potrzeby można podsypać trochę mąki, ale starajmy się tego unikać – w miarę wyrabiania ciasto będzie zmieniało strukturę.

Rozwałkowujemy ciasto na podsypaną mąką stolnicy na prostokąt o wymiarach ok. 20 x 30 cm. Układamy wzdłuż krótszego boku warstwy: szynki, sera i fety, szynki i sera, szynki i mozzarelli, szynki, sera pleśniowego i rukoli. Zwijamy  tak, by powstała rolada, zakończenia powinny łatwo się skleić pod ciężarem bułki.

Przekładamy bułkę na blachę wyłożoną papierem do pieczenia lub matą. Smarujemy roztrzepanym żółtkiem, ewentualnie posypujemy ulubionymi ziarnami. Odstawiamy na 20 minut w ciepłe miejsce do wyrośnięcia.

W tym czasie rozgrzewamy piekarnik do 200 stopni. Następnie wstawiamy bułkę do pieca i pieczemy około 20-30 minut, aż się ładnie zrumieni. Bułka puknięta od góry drewnianą łyżką powinna wydać głuchy odgłos – wtedy na pewno jest upieczona.

Po wyjęciu z piekarnika czekamy kilka minut, następnie kroimy roladę na porcje. Można ją pokroić na 4 duże porcje – bardzo poręczne na drugie śniadanie do pracy – lub na mniejsze plastry, jeśli częstuje się więcej osób.

Smacznego!

bulka_done

 

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.

Up ↑