Szukaj

Cztowiek Ser

Czy wszystko jest lepsze, jeśli dodać do tego ser?

Tag

pomidory

Sałatka BLTM

Czyli sałatka makaronowa z boczkiem, sałatą, pomidorami i mozzarellą, z absurdalnie dobrym sosem z awokado i jogurtu.

Brzmi dobrze?

Poczekajcie, aż jej spróbujecie.

salatkabltm2
Sałatka BLTM

W międzyczasie opowiem Wam, skąd wziął się przepis. Otóż jakiś czas temu odkryłam, że jestem strasznie słaba w Internety. Fejsik, trochę 9gaga, kilka blogów kulinarnych i już. Koniec. Lord mediów społecznościowych.

Postanowiłam więc sprawdzić, jak działają te wszystkie insta, snapy, linki, twitty itp. Dobra, przyznaję, Twittera mam, ale używam go tylko do śledzenia siatkarzy (którzy – poza Andreą Anastasim – nic nie piszą, bo grają w siatkówkę) i polityków i dziennikarzy politycznych (którzy z kolei cierpią zbiorowo na kompulsywne wysyłanie tłitów z każdą swoją niesamowicie odkrywczą i bardzo przemyślaną myślą). Więc Twittera znam, medium mnie nie rusza.

Zainstalowałam zatem Snapchata na telefonie, a następnie zgłupiałam. Co tam się robi? Jak się tego używa? Kuba uświadomił mi więc, że tam się wrzuca i to znika, albo że ktoś wrzuca i to znika.

Mój poziom zainteresowania cudzym życiem jest wprost proporcjonalny do poziomu zainteresowania ekshibicjonizmem, więc Snapa odinstalowałam jakieś dwie minuty po zainstalowaniu.

Na Instagrama weszłam, zobaczyłam pierwsze zdjęcie z pierdylionem hasztagów i wyszłam. To nie na moje nerwy.

Ale Pinterest! Ha! No to jest strzał w dziesiątkę! Spędziłam na pinie godziny. Codziennie zaglądam (jako obszary zainteresowań mam wybrane „ser”, „grill” oraz „grillowany ser”), codziennie znajduję coś fajnego. Przez Pina dotarłam także na kanał na YouTube (który również zaczynam dopiero odkrywać jako źródło czegoś fajnego, taka jestem nowoczesna), który zwie się Laura in the Kitchen. Pani Laura jest Włoszką, jej tata był kucharzem i ona teraz prowadzi sobie stronę internetową, kanał na jutubie, pisze książki i ogólnie wygląda jak doskonale skonstruowany produkt marketingowy, ALE!

To w niczym nie przeszkadza, bo ma naprawdę fajne przepisy.

Dzisiejsza sałatka jest właśnie inspirowana przepisem Laury na sałatkę BLT, który nieco zmodyfikowałam.

Sos jest tak boski, że będziecie go jeść łyżkami, przysięgam. Potrzebna jest do niego mieszanka ranczerska (to dziwaczne słowo, ale widzę, że internety je stosują, więc niech już będzie: chodzi o ranch dressing mix). W Stanach dostępna jest w każdym sklepie, u nas nie, ale nic nie stoi na przeszkodzie, żeby samemu ją zrobić. A naprawdę warto, bo później można ją przechowywać w słoiku miesiącami i brać po łyżce do sosów i cieszyć się pysznym dodatkiem. Polecam!

Sałatka BLTM

Porcja dla 4 osób wg przepisu Laury Vitale

Składniki:

  • 330 g ugotowanego makaronu muszelki
  • 130 g mozzarelli w kulce
  • 330 g pomidorów
  • 75 g boczku
  • dwie duże garści rukoli
  • 3 duże ząbki czosnku
  • sól, pieprz

Sos:

  • 1 awokado obrane ze skórki, bez pestki
  • 1 kubeczek jogurtu naturalnego
  • 2 łyżki oliwy
  • 2 ząbki czosnku
  • sok z 1/2 cytryny
  • 1 łyżka mieszanki ranczerskiej*

Mieszanka ranczerska:

  • 1/2 szklanki mleka w proszku
  • 2 łyżeczki suszonej cebuli w proszku
  • 1 łyżka suszonego czosnku w proszku
  • 1 łyżka suszonej pietruszki
  • 2 łyżeczki cebulki prażonej, potłuczonej na mniejsze kawałki
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 1/2 łyżeczki mielonego czarnego pieprzu
  • 1/2 łyżeczki suszonego koperku
  • 1/2 łyżeczki cukru

Przygotowanie:

Składniki mieszanki ranczerskiej dokładnie mieszamy, wsadzamy do szczelnie zamykanego słoiczka. Mieszankę można przechowywać kilka miesięcy i wykorzystywać do sosów na bazie majonezu i jogurtu.

Wszystkie składniki sosu blendujemy bardzo dokładnie, aż będzie kremowy i gładki. Wstawiamy do lodówki na czas przygotowania sałatki, żeby się przegryzł.

Makaron przelewamy pod strumieniem zimnej wody, żeby nie był posklejany. Odcedzamy, wrzucamy do miski.

Boczek kroimy w kosteczkę, smażymy na suchej patelni około 5 minut, aż ładnie się wytopi i zrumieni. Co jakiś czas mieszamy, żeby obsmażył się równomiernie. Odsączamy z tłuszczu, odkładamy na ręcznik papierowy, żeby obciekł.

Ząbki czosnku kroimy w drobną kosteczkę, pomidory i mozzarellę kroimy w kostkę wielkości muszelek makaronowych. Na pozostałości tłuszczu z boczku podsmażamy czosnek przez pół minuty na średnim ogniu, dodajemy pokrojone pomidory, solimy i pieprzymy. Podsmażamy przez minutę, dodajemy bezpośrednio do makaronu.

Do miski z makaronem i pomidorami dodajemy boczek, umytą i osuszoną rukolę oraz pokrojoną w kostkę mozzarellę. Mieszamy wszystko dokładnie. Wyjmujemy sos z lodówki i dodajemy do sałatki – najpierw dodajemy połowę sosu i dokładnie mieszamy. W zależności od wielkości awokado, gęstości jogurtu, wielkości cytryny, sosu może wyjść więcej lub mniej. Nie chcemy, żeby sałatka pływała w sosie, ale też nie chcemy, żeby była za sucha, dlatego warto sos dodawać stopniowo.

Podajemy od razu. Sałatka najlepsza jest na świeżo, po nocy w lodówce sos mocno gęstnieje i wszystko się skleja – smak nadal jest dobry, ale tekstura i wygląd zdecydowanie zmieniają się na minus.

Na świeżo jednak – palce lizać!

Smacznego!

A tak się prezentuje na talerzu
A tak się prezentuje na talerzu
Reklamy

Jajka zapiekane w kokilkach

Proste i pyszne śniadanko, które przygotujecie w 3 minuty. Dobra, potem potrzeba jeszcze 12 minut na zapieczenie jajek, ale przysięgam, to już tyle.

kokilka_1

Zaczniemy od napakowania kokilki samym dobrem – na dno wrzucimy najtłustszą z tłustych śmietan, najbardziej dojrzałą z dojrzewających szynek i najsuchsze z suszonych pomidorów (to nieprawda, pomidory są mokre, bo trzymane w zalewie)(pomidory olejowe)(nie brzmi dobrze).kokilka_2

 

Potem sprawa prezentuje się banalnie – wbijamy do każdej kokilki po jednym jaju, posypujemy startym żółtym serem i szczypiorem.

Przy okazji powiem Wam, że zostałam mikro-rolnikiem (rolniczką?). Na balkonie w donicach mam szczypior, miętę, bazylię, pomidory, kolendrę…I przysięgam, nie ma nic lepszego niż kanapka z pomidorem z własnego krzaczka posypana szczypiorem z własnej doniczki. Jakbym mogła, to trzymałabym na balkonie kurę albo dwie, one by sobie tam mieszkały wesoło i znosiły mi wesołe jajka. Prawdopodobnie następnie wspólnota mieszkaniowa wyrzuciłaby mnie na zbity pysk, ale miałabym przynajmniej swoje kury na pocieszenie.

Obok kur zamieszkałaby koza i mogłabym sama sobie robić roladki kozie. Zeżarłaby mi pewnie cały balkon, bo kozy zjadają wszystko, ale byłoby mleko.

Analizuję właśnie swój balkon i stwierdzam, że taka nieduża jałówka też by mi się zmieściła, więc mogłabym robić nawet edamski.

Tymczasem jednak: przepis!

Jajka zapiekane w kokilkach

Składniki dla dwóch osób

  • 2 jajka
  • 2 łyżki gęstej śmietany 36%
  • 2 łyżki pokrojonych w paski suszonych pomidorów
  • 2 łyżki pokrojonej w paski szynki dojrzewającej
  • 2 łyżki startego żółtego sera
  • szczypior

Przygotowanie:

Nagrzewamy piekarnik do 200 stopni. Do kokilek wkładamy kolejno śmietanę, suszone pomidory, szynkę. Wbijamy delikatnie po jednym jajku, posypujemy serem i szczypiorkiem. Pieczemy 12-16 minut – białko ma się ściąć, a żółtko pozostać płynne. Podajemy z grzankami lub tostami, które można zamaczać w tym wszystkim, ser się rozpuści, żółtko rozleje i będzie pysznie, że ojej.

Smacznego!

kokilka_3

 

 

Gniocchi szpinakowe

z sosem serowym!

Podejście do gniocchi robiłam już kilka razy. Zaliczyłam spektakularne porażki, bo jak to bywa w przypadku takich* potraw, trzeba być mamą albo babcią, żeby umieć je robić. Najniższy stopień wtajemniczenia to żona, żona też może zrobić niezłe pierogi czy kopytka. Jako że nie mam żadnej z tych odznak (info dla facetów: w naszym tajnym, masońskim, iluminati klubie tylko dla kobiet wręczamy sobie badge za expa) (nie.), to gniocchi wyszły mi kolejno: 1) twarde jak kamień, 2) zupełnie bez smaku, 3) rozlały się w gotowaniu, 4) suche, 5) „jak jedzenie mąki łyżką”, oraz 6) od razu do kosza.

Tym razem było inaczej. Tym razem pozwoliłam, by moje instynkty wzięły górę. Nie użyłam przepisu, tylko głowy i rąk i wyszły…no, pyszne gniocchi wyszło (wyszły). Będę je na pewno powtarzać i udoskonalać, ale już w tej wersji są super!

Robienie gniocchi niestety niezmiennie kojarzy mi się z tragiczną sceną z „Ojca chrzestnego III”, w której rozpaczliwie źle grająca Sophia Coppola kręci gniocchi ze swoim kuzynem. Co za koszmar. (kluski jednakowoż wychodzą im niezłe). Jeśli nie wiecie, co to za scena, to jesteście szczęśliwymi ludźmi.

Te gniocchi nie prezentują się zbyt pięknie, są nieco nieforemne (co widać na załączonym obrazku) przez wykorzystanie grubo posiekanego szpinaku. Sytuacji nie poprawia gęsty sos z sera pleśniowego. Smak jednak jest przedni, więc nie przejmujcie się szczegółami estetycznymi (a może Wam po prostu wyjdą lepsze, kto wie).

gniocchi_szpinak_1

Po rozmowach i dyskusjach na temat gniocchi publikuję również wspólny wniosek: odpowiednią nazwą dla tego dania jest słowo „gniotki”. Gniotki oddają ducha gniocchi, a brzmią jakby lepiej.

Tymczasem jednak: przepis!

Gniocchi (gniotki) szpinakowe w sosie serowym

Porcja dla 2 osób

Uwaga: przygotowanie najlepiej zacząć dzień wcześniej i ugotować ziemniaki na zapas – ze starszych wychodzi lepsze ciasto

Składniki:

  • 3 duże ziemniaki
  • 1 jajko
  • 4 garście szpinaku baby
  • sól, pieprz
  • pół szklanki mąki
  • łyżka oliwy
  • 100 ml śmietany 12%
  • 15 dg sera gorgonzola

Do podania polecam kilka słodkich pomidorków koktajlowych – świetnie przełamują ciężki smak i konsystencję sosu serowego.

Przygotowanie:

Ugotowane w osolonej wodzie (najlepiej poprzedniego dnia), wystudzone ziemniaki przeciskamy kilkakrotnie przez praskę tak, by nie było grudek. Szpinak wrzucamy na sitko lub durszlak, zagotowujemy wodę w czajniku i przelewamy szpinak wrzątkiem. Odsączamy go dokładnie wyciskając wodę, siekamy na mniejsze kawałki. Dodajemy do ziemniaków, wbijamy jedno jajko i wlewamy łyżkę oliwy. Mieszamy razem, podsypując odrobiną mąki (maksymalnie pół szklanki, ale im mniej, tym lepiej). Ciasto ma być delikatne, miękkie, ale nie klejące.

Wykładamy masę na stolnicę, kręcimy palcami wałeczki o średnicy około 3 cm. Ostrym nożem kroimy ja w poprzek na kluseczki o długości 2,5-4 cm.

W małym rondelku podgrzewamy razem śmietanę i ser, aż połączą się i utworzą gęsty sos. Trwa to około 5 minut.

W międzyczasie zagotowujemy wodę w szerokim garnku, solimy. Na wrzącą wodę (to ważne, musi być wrząca, nie może być lekko gotująca się) wrzucamy po kilka gniocchi, gotujemy. Gdy wypłyną czekamy jeszcze pół minuty, odcedzamy, wykładamy na talerze.

Gorące gniocchi polewamy sosem serowym i podajemy ze świeżymy, przekrojonymi na pół pomidorkami koktajlowymi.

Smacznego!

Gniocchi z sosem serowym

Fritata z pomidorami i camembertem

czyli genialna wersja omleta z serem!

Fritata (gdzieś tam powinno być jeszcze jedno „t”) to cudowny jajeczny placek robiony na patelni i (w większości przepisów) dopiekany w piekarniku. Ponieważ nie posiadam patelni, która umożliwia zapiekanie w piecu (potencjalni darczyńcy patelni-do-zapiekania, urodziny mam w maju) (tylko nie wszyscy na raz, bo co ja zrobię z tymi wszystkimi patelniami) (tak naprawdę nikt mnie nie lubi i nie dostanę żadnej patelni) (zupełnie-nie-smutek), opracowałam technologię smażenia fritaty na samej patelni. Upraszcza to cały proces, a efekty są równie dobre.

Fritata prawie gotowa wygląda tak:

fritata_pomidorki

Gotowa jest, gdy ser się ładnie rozpuści, pomidorki puszczą trochę sok, a jajka kompletnie się zetną.

Danie jest bezglutenowe i łatwo podlega modyfikacjom – można usunąć szynkę, żeby było wege, dodać kiełbasę lub chorizo, żeby było bardziej mięsnie, przyprawić większą ilością papryki, żeby było ostrzej. Pełna dowolność.

Moja fritata właśnie się dosmażyła, pięknie ją kroję na patelni, podbieram taką wielką, płaską łopatką, zsuwam na talerz, nie trafiam, porcja ląduje na stole i trochę na krześle, nic nie szkodzi, wrzucam ją w postaci bezładnej masy na talerz. Krzesło szybko wycieram ręcznikiem papierowym, w chaosie kuchni ręczniki wpadają mi na patelnię z drugą częścią fritaty, nie mówcie nikomu.

Wybieram z drugiej części kawałki ręcznika, ładnie zsuwam ją na talerz i to ona jest na zdjęciu poniżej. Jeśli ktoś wypatrzy na zdjęciu fragment ręcznika papierowego, proszony jest o informację, nakleję w tym miejscu wielką czarną kropkę w Gimpie.

Przez wzgląd na delikatny zmysł estetyki internetowych odbiorców tego posta nie zamieszczam zdjęcia fritaty na talerzu numer dwa.

Idę sprzątać pobojowisko, a tymczasem: przepis!

Fritata z camembertem

Porcja dla 2 osób

Składniki:

  • 2 plasterki szynki parmeńskiej
  • 1 duży pomidor
  • 4 pomidorki koktajlowe
  • 4 jajka
  • 120 ml mleka
  • 2 cebulki dymki
  • 1 ząbek czosnku
  • 1 łyżka oliwy
  • 60 g camemberta
  • sól, pieprz
  • pół łyżeczki wędzonej słodkiej papryki

Przygotowanie:

Szynkę kroimy na paseczki, podsmażamy minutę na suchej patelni. W tym czasie kroimy dymki w drobną kosteczkę, czosnek w cienkie plasterki, a pomidora na duże kawałki. Zdejmujemy szynkę z patelni, wlewamy łyżkę oliwy. Wrzucamy dymkę i czosnek, smażymy minutę, aż się zeszklą. Dodajemy pomidora i smażymy około 3 minut na średnim ogniu, aż sok odparuje, a pomidor się rozpadnie.

W międzyczasie mieszamy w misce mleko i jajka, doprawiamy solą, pieprzem i wędzoną papryką. Wlewamy na patelnię, mieszamy całość drewnianą łyżką, przykrywamy patelnię pokrywką.

Smażymy na małym ogniu przez 5-7 minut, co jakiś czas poruszając masę, tak by jajka równo się ścinały. Gdy po bokach będą już ścięte, wykładamy pokrojony na plasterki camembert i przekrojone na pół pomidorki. Przykrywamy i smażymy jeszcze minutę, aż ser się rozpuści.

Podajemy prosto z patelni lub wykładamy na talerze, posypane świeżo mielonym pieprzem.

fritata_pomidorki_talerz

Tagliatelle z krewetkami

w kremowym sosie pomidorowym.

Makaron jest jedną z moich odwiecznych miłości. Przez parę lat byłam pozbawiona przyjemności wciągania spaghetti i wchłaniania penne ze względu na dietę bezglutenową. Teraz doceniam makaron jeszcze bardziej i odkrywam powoli, że wymieszanie go z tłustym i ciężkim sosem bolońskim potrafi być zbrodnią.

Dlatego też dziś będzie makaron tagliatelle z krewetkami. Brzmi jak wstrętna potrawa zapchlonej burżuazji, ale zapewniam – nie jest wcale taki drogi i można go przecież zrobić na specjalną okazję!

krewetkiTagliatelle to takie jajeczne długie wstążki. Dostępne już teraz chyba wszędzie, w postaci suszonej i świeżej. Trzeba na to zwrócić uwagę, bo jak kupimy świeże i pogotujemy dłużej niż 4 minuty, to zrobi się makaronowy potwór (bądź bóg, w zależności od religijnych preferencji).

Krewetki do naszego pięknego kraju świeże raczej nie docierają. Chyba że ktoś ma jakiś stały dostęp, to uprzejmie proszę mnie wpisać na tajemną listę, jestem gotowa oddać za to co najmniej pół nerki.

Cena krewetek powala przeciętnego zjadacza chleba. Z łezką w oku wspominam czasy, gdy pomieszkiwałam na wyspie, gdzie krewetki były traktowane jak śmieć i sprzedawane po 2 euro za kilo. Kilo krewetek. Wyobrażacie to sobie? Za dziesięć złotych!

Nic z tego.

Om nom nom.

Dlatego polecam raz się wykosztować i kupić większą paczkę (np. 500 g lub 1 kg) surowych i oczyszczonych krewetek. Jeśli są dobrze zamrożone, można je z paczki wyciągać nawet i po trzy, bo nie zlepiają się w wielką krewetkową kulę. A przydają się w kuchni. I są po prostu pyszne, co tu dużo gadać.

Makaron robi się szybko, jest bardzo delikatny i kremowy. Pomysł na wymieszanie makaronu i krewetek z pomidorami wzięłam od Jamie’ego Olivera.

 

Tagliatelle z krewetkami 

Porcja dla 2 osób

Składniki:

  • 100 ml śmietanki kremówki
  • pół szklanki przecieru pomidorowego
  • 12 pomidorków koktajlowych w różnych kolorach
  • 12 krewetek surowych, obranych i oczyszczonych
  • ząbek czosnku
  • oliwa
  • pieprz, sól
  • natka pietruszki
  • 4 gniazdka makaronu tagliatelle
  • 20 g dobrego owczego sera (np. owczej goudy, twardej ricotty)
  • sok z połowy cytryny

Przygotowanie:

Na dużej patelni rozgrzewamy łyżkę oliwy, wrzucamy pokrojony na cienkie plasterki czosnek i krewetki. Smażymy minutę, przewracamy krewetki na drugą stronę. Dodajemy pokrojone na połówki pomidorków i sok z cytryny, smażymy razem dwie minuty.

Makaron gotujemy al dente (bądź nie dogotowujemy lub rozgotowujemy, w zależności od umiejętności i podzielności uwagi) w osolonej wodzie.

Na patelnię do krewetek i pomidorów wlewamy przecier pomidorowy i śmietankę, dodajemy sól i pieprz. Gdy makaron się ugotuje wrzucamy go na patelnię, mieszamy z sosem. Dodajemy drobno starty ser i posiekaną natkę pietruszki, mieszamy.

Nakładamy do misek. Można przed podaniem ułożyć na makaronie świeże pomidorki lub posypać go natką.

 

taglia_z_kre_tale

Pizza diabelska

21.30. Czas na kolację.

Zdecydowaliśmy, że zjemy kanapki albo grzanki.

Nie ma chleba. Ani bułki.

Za to mamy wszystkie składniki na pizzę.

diabe_sklad

Taki to już dom, że chleba to w nim nie ma, ale drożdże, mąka i pomidory w puszce – są zawsze.

Cóż zrobić. Nastawiam rozczyn, wrzucam pomidory do garnuszka i czekam, aż wszystko urośnie.

W lodówce mam salami i tysiąc różnych serów. Jest też cebula. Pizza będzie zatem diabelska.

To wymaga pewnych zmian w sosie.

Wyrabiamy razem z Mężczyzną ciasto. Chcemy, żeby było jak najszybciej, więc po 5 minutach wyrabiania mikserem stwierdzam, że już jest w porządku i można uformować rękami kulę. Kończy się to tak, że 1/3 ciasta na stałe przytwierdza się do moich dłoni. Nic się nie stało, powyrabia się jeszcze trochę.

Sos wyszedł jakiś za słodki, za mało ostry i za mało kwaśny. W związku z tym idą w ruch papryka i limonka (bo akurat nie mam w lodówce cytryny). Limonka okazuje się dobrym wyborem – nadaje piękny zapach i lekko kwaskowaty posmak.

Jeszcze tylko artystycznie porozrzucam składniki.  Będzie to wyglądać tak.

diab_sur

Sera z niebieską pleśnią (u mnie akurat gorgonzola) dodaję malutkie kawałeczki – rozpuści się i przeniknie całą pizzę. W ogóle to każdy powinien mieć w lodówce kawałek sera z niebieską pleśnią. Serio, dowolnego: roquefort, lazur, gorgonzola. Kupcie kawałek na spróbowanie – są w Lidlu czy Biedronce, dobre (względnie) i tanie (bezwzględnie).

Tylko nie próbujcie go jeść. Do sera z niebieską pleśnią trzeba podejść odpowiednio, inaczej człowiek się zrazi na całe życie. Będziemy takiego sera używać. Praktycznie się nie psuje (czym jest odrobina białej pleśni, gdy ser jest spleśniały w środku?), można go przechowywać bardzo długo w lodówce (wiem, wiem, pleśń niebieska jest szlachetna i smaczna, biała nie.) i dodawać do najróżniejszych potraw: spaghetti, pizzy; podawać jako zakąskę – ogólnie rzecz biorąc, do wszystkiego.

Pizza już się piecze. Tę pizzę pozwalam polać keczupem (choć też uważam, że to przestępstwo, bo sosu jest i tak dużo).

A zatem: przepis!

 

Pizza diabelska

Porcja dla 2 osób

Ciasto na pizzę:

Jak w przepisie na pizzę hiszpańską

Sos:

  • puszka pomidorów
  • pół łyżeczki cukru
  • trzy łyżki octu balsamicznego
  • łyżka sosu sojowego
  • pół łyżeczki papryki ostrej wędzonej
  • sok z połowy limonki
  • łyżka oliwy

Dodatki:

  • 5 plastrów salami z pieprzem
  • pół czerwonej cebuli
  • pół kulki mozzarelli
  • kawałek sera z niebieską pleśnią, np. gorgonzola
  • 4 pomidorki koktajlowe
  • gałązka bazylii

 

Przygotowanie:

Ciasto przygotowujemy według przepisu. Wszystkie składniki sosu wrzucamy do rondelka, gotujemy przez 10 minut aż zgęstnieje.

Po wyrośnięciu ciasta nagrzewamy piekarnik do 200 stopni. Rozwałkowujemy lub rozkładamy ciasto na wysmarowanej oliwą blasze. Smarujemy sosem, wykładamy salami, pokrojoną w plastry mozzarellę, ser pleśniowy, przekrojone na połówki lub ćwiartki pomidorki, posypujemy pokrojoną w piórka cebulą. Pieczemy 12-14 minut. Po wyjęciu z pieca posypujemy świeżą bazylią.

diab_swiat

 

 

Zjadamy szybko, zapijając dużą ilością wody, piwa lub wina, bo pizza jest ostra i piecze nas cała paszcza.

 

 

Uwaga: jeśli nie lubicie zbyt ostrej pizzy zamiast salami z pieprzem dajcie zwykłe salami, a do sosu pomidorowego nie dodawajcie papryki.

diabel

 

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.

Up ↑